• <
gryfia_70lat

Od biura w piwnicy do potężnego europejskiego gracza - poznajcie BSS (wywiad)

ew

30.08.2018 04:37 Źródło: własne
Strona główna Przemysł Stoczniowy, Stocznie, Statki Od biura w piwnicy do potężnego europejskiego gracza - poznajcie BSS (wywiad)

Partnerzy portalu

Od biura w piwnicy do potężnego europejskiego gracza - poznajcie BSS (wywiad) - GospodarkaMorska.pl

Początek lat 90 nie był wymarzonym czasem na zakładanie firmy zajmującej się częściami zamiennymi dla statków. Logistyka kulała, biura mieściły się czasami w piwnicach domów, na porządku dziennym były rabunki a na domiar złego zdarzało się znaleźć zawiniętego w dywan stróża, który miał czuwać nad magazynem. Jak poradzili sobie w tym pełnym przeciwności losu świecie założyciele Baltic Spares Service, dlaczego firma rodzinna ma wiele plusów i jaka jest recepta na sukces opowiedzieli nam Mateusz oraz Tadeusz Wilkiccy i Tadeusz Ślebioda z BSS.

Firma została założona w 1990 roku czyli prawie 30 lat temu. Jak wyglądał proces jej powstawania?

Tadeusz Ślebioda: Ten przemysł wyglądał zupełnie inaczej niż dzisiaj. Było kilku monopolistów, którzy zagarniali w zasadzie większość dostaw technicznych do zaopatrzenia i części zamiennych między innymi do statków. Nasi ojcowie wywodzą się z Baltony, która była jedną z większych firm zajmujących się tą działalnością na Pomorzu. Dlatego też posiadali ogromne doświadczenie, które mogli wykorzystać we własnym biznesie. Pierwsze biuro mieli w piwnicy kamienicy we Wrzeszczu, u siebie w domu, potem w wynajmowanym garażu. Powoli zatrudniali coraz więcej sprzedawców i ludzi z branży. Ta firma rozwijała się dzięki ich odwadze. Gonili standardy zachodnie chociażby w łańcuchu dostaw a nie było to łatwe zadanie. Całe zaplecze techniczne w Polsce czy sfera biurowa – leżały.

Mateusz Wilkicki: Ludzie wywodzący się z działów technicznych, nie zawsze mieli do czynienia z językiem angielskim w stoczniach. Myślę, że aspektem, który był ogromnym plusem na początku działaności BSS było to, że nasi ojcowie świetnie mówili już wtedy w tym języku. Ponadto mieli trochę starych kontaktów z Baltony, część statków na zachodzie była polskiej budowy więc była to niezła pozycja startowa. Co więcej, zaczęliśmy odgrywać też coraz większą rolę w Rosji i pomocny okazał się język rosyjski. Jednak głównym źródłem sukcesu było moim zdaniem to, że nasi rodzice zainwestowali w budowę magazynu. Wymagało to ogromnego poświęcenia finansowego, ale ono się opłaciło i stanowiło cechę, która wyróżniała BSS na rynku.

Sytuacje z tego pierwszego etapu powstawania firmy, które utkwiły Panom w pamięci?

TŚ: Pamiętam, że tata nie spał w nocy, to był bardzo niepewny i niebezpieczny okres dla prowadzenia biznesu. Logistyka kulała a dostawy przychodziły z całej Polski. Była kiedyś taka sytuacja, że z Poznania jechała do nas dostawa z wartościowym wałem korbowym od polskiego producenta. Jednak nie dojechała do naszego biura ani ciężarówka ani wał, bo po drodze po prostu cała ciężarówka z zawartością została skradziona. Nasi ojcowie zatrudnili nawet detektywa Rutkowskiego aby zajął się tą sprawą, ale złodzieja nie udało się znaleźć. Do dziś nie wiemy czy ciężarówka została skradziona dla wału czy przez przypadek a sam wał został zezłomowany w cenie stali mimo że był wart więcej niż 10 takich ciężarówek. Zdarzały się też kradzieże do samego biura, kilkukrotnie zrabowano cały sprzęt typu komputery a stróż który pilnował tego miejsca – został zawinięty w dywan.

MW: Kiedyś siedziałem u taty w gabinecie a u niego zobaczyłem dwóch postawnych, groźnych facetów. Okazało się, że byli to Czeczeni zatrudnieni do ochrony przez jednego z kontrahentów. To były sytuacje zupełnie niewyobrażalne w naszych czasach.

Tadeusz Wilkicki: Pierwsze lata, 91 czy 92 rok, duży armator, który przyprowadzał statki do stoczni Remontowej zapytał nas czy mamy silnik agregatowy 6ASL25D. Odpowiedzieliśmy że mamy ponieważ mieliśmy podobny silnik: 6L25D. Dostaliśmy niezłą cenę, 100-150 tysięcy dolarów i zaczęliśmy wszystko dokładnie sprawdzać. Niestety okazało się, że to zupełnie różne silniki, o różnej mocy. Rzeczywiście istniały podobieństwa, ale wiele parametrów się nie zgadzało. Napisaliśmy armatorowi że niestety musimy odmówić realizacji tego zlecenia, bo nie jesteśmy w stanie wypełnić wszystkich zobowiązań. Mieliśmy wtedy zainstalowany telefaks, bo z telefonem było bardzo ciężko i w pewnym momencie, z teleksu wydrukowało się jakieś 10 metrów taśmy. To była wiadomość od zespołu prawników z potężnej kompanii, która mówiła w skrócie: „Nie ma problemu, armator kupi ten silnik u producenta, cztery razy drożej a wam wystawiamy rachunek”. To był nóż na gardle, zaczęliśmy kombinować i finalnie okazało się, że ten silnik da się przebudować, zrobiliśmy to. Armator wymienił silnik, odpłynął zadowolony a my pracowaliśmy z nim jeszcze długie lata.

Inna sytuacja, też z początku 90, mieliśmy kontakt z taką łotewską firmą Latvian Shipping Company. Kupili od nas silnik, nieużywany 8BAH22. Dostaliśmy pieniądze, silnik pojechał do Rygi, wszystko zagrało tak jak powinno. Kilka lat później dostaliśmy zapytanie od jednego z naszych głównych niemieckich kontrahentów dotyczące wału do tegoż silnika. Była to już przestarzała konstrukcja, początkowo pomyślałem sobie, że nie ma szans. Ale coś mnie tknęło i zadzwoniłem do wspomnianych kolegów w Rydze. Powiedzieli mi że zwariowałem, że te silniki już dawno są zainstalowane. Straciłem wtedy już nadzieję, ale szukałem dalej. Następnego dnia zadzwonił do mnie kolega z Rygi i powiedział: „Słuchaj, patrzyłem sobie na plac, coś stało przykryte brezentem, podchodzę, patrzę, a to twój silnik! Jest do kupienia, już go nie potrzebuję”. W ten sposób udało mi się sprzedać ten sam silnik raz jeszcze. Kryzysowe sytuacje uczą, mieliśmy też sporo szczęścia.

Powstawanie firmy obserwowaliście panowie od dziecka. Czy to, że jesteście w tym miejscu jest taką naturalną konsekwencją?

TŚ: Kiedy nasi ojcowie założyli firmę, miałem 7 lat. Pamiętam te pierwsze ruchy i niepewność jak to wszystko się potoczy, ale w zasadzie od małego się z tą firmą utożsamiałem, była jakąś częścią mnie. Nauczyłem się, że trzeba mieć swoją działkę, którą powinno się zająć. Nie wiedziałem na pewno, że będę tam pracował, ale podświadomie czułem, że mogę być z nią w przyszłości związany. W 8 klasie trafiłem do BSS żeby sobie dorobić, zaczynałem od pracy magazyniera, pomagałem, czyściłem części, poznawałem od podszewki sztukę składania pomp i innych urządzeń. Później wdrażałem się w sprawy biurowe. To niesamowite doświadczenie, że jesteśmy następnym pokoleniem, które przejmuje stery.

MW: Czuję, że BSS znalazła się tam gdzie jej miejsce, wśród liderów w swojej dziedzinie. Wiele firm europejskich zamyka magazyny przez głęboki kryzys, który nawiedził naszą branżę w ciągu ostatnich 20 lat, część z nich w ogóle wypadła z rynku a my nasze magazyny ciągle zwiększamy, co być może nie jest bardzo korzystne z ekonomicznego punktu widzenia, ale na dłuższą metę – firma się rozwija. Nie wiem czy mój ojciec przewidywał, że BSS osiągnie kiedyś taki rozmiar. Dla mnie było to naturalne i wydaje mi się że zawsze do tego zmierzałem.

Nie da się ukryć, że BSS ma silną pozycję na rynku polskim i europejskim. Czym panów firma się wyróżnia na rynku, jakie są jej najmocniejsze elementy?

TŚ: Chyba tym, że postawiliśmy na specjalizacje w wąskim zakresie. Nie dostarczamy części do wszystkich silników, ale do konkretnych modeli: Sulzer i silniki agregatowe typu MAN. Zbudowaliśmy też kompletne magazyny, mamy w naszej ofercie od najmniejszych części typu uszczelka do całych wałów czy bloków. Możemy to wysłać z dnia na dzień, armatorzy poznali się na nas jako na firmie wiarygodnej, która jest w stanie bardzo szybko dostarczyć towar w razie jakiejś awarii czy planowanego remontu. Przykładamy ogromną wagę do jakości, wszystko jest oryginalne. Rozwijamy też samo biuro kontroli jakości, teraz jesteśmy w przededniu inwestycji w maszyny pomiarowe do kontroli jakości CNC. Dzięki nim można otrzymać rysunek odwrotności detalu w produkcji, można dzięki temu sprawdzić szczegółowo jakość i czy dany produkt jest zgodny z naszymi standardami.

MW: Myślę, że istotnym elementem jest też marka ZGODA. Firma z ogromnymi tradycjami, która zaczynała od maszyn kopalnianych, była też producentem silników, który wyposażał głównie statki budowane w Polsce (co więcej, te silniki nadal działają!). Niestety na przełomie lat 90 firma upadła a BSS wykupił prawo do używania nazwy, dokumentację, magazyny, de facto stając się ZGODĄ i podtrzymując doskonałą jakość. Wyróżniamy się też wielkością, bo jak na firmę działającą w tej branży, zatrudnianie 25 osób to naprawdę dużo.

Kim są wasi pracownicy?

MW: Przez wiele lat nasza firma słynęła z tego, że jeśli ktoś zaczynał u nas pracę to już nie odchodził. Kiedy przyszliśmy tu z Tadeuszem, zastaliśmy pracowników z 15-letnim stażem. Dopiero teraz ci ludzie , którzy są tu od początku - zaczęli odchodzić na zasłużone emerytury. Co roku zwalnia nam się więc jedno lub dwa miejsca dla nowych osób. Nasi pracownicy mówią płynnie po angielsku i rosyjsku i nie mamy dużej rotacji więc chyba możemy przyjąć taki wniosek, że ludziom się u nas podoba.

Bierzecie udział w różnych targach: Posidonia, Balt Expo, czy zbliżające się we wrześniu SMM. Jakie są korzyści z udziału w takich wydarzeniach?

MW: Nauczyliśmy się, że targi w dużej mierze przyczyniają się do zwiększenia rozpoznawalności marki. Raczej nie postrzegamy targów jako okazji do zdobywania nowych klientów. Utrwalamy w świadomości ludzi nasze logo i naszą firmę. Zmieniają się państwa i klimaty, ale twarze są te same. Miło jest spotkać się z ludźmi chociaż raz na rok czy dwa, porozmawiać twarzą w twarz z osobą, którą kojarzyło się wcześniej tylko z maili.

TŚ: Ja bym tylko dodał, że wystawiając się na targach można na spokojnie przedyskutować z klientami możliwości rozwoju współpracy oraz ocenić się względem innych dostawców. Zobaczyć, na jakim etapie jest konkurencja ze swoimi projektami czy zadaniami, które zarówno przed nimi jak i nami stawia rynek i czas.

Wyzwania?

MW: Dla mnie wyzwaniem jest zawsze zdobycie nowych klientów bądź uzyskanie zaufania tych, których staraliśmy się od dłuższego czasu przekonać.

TŚ: Wyzwaniem jest też na pewno rozwój nowych typów silników. Statki są regularnie złomowane, trzeba być na bieżąco z nowymi seriami, zdążyć wdrożyć się w kolejny model. Potrzebujemy czasu, żeby przyswoić te wszystkie informacje, żeby nie zostać z tyłu. Żeby zdobywać pozycję też na nowych silnikach. Dziś cała produkcja przeniosła się do Korei i Chin a my musimy mieć te silniki u siebie na magazynie, już wybadane. Chcemy utrzymać pozycję lidera w tym fragmencie, w którym mieliśmy ją do tej pory.

Inne plany na przyszłość?

TŚ: Producenci silników wprowadzają tak dużo elementów i tak szybko, że nie sposób zawsze za tym nadążyć, rynek części zamiennych jest bardzo nieprzewidywalny. Jesteśmy niejako zmuszeni szukać bliskich nam a zarazem innych typów działalności niż tylko dostawa części. Chcemy rozwinąć działkę remontów statków i wprowadzić produkcję, żebyśmy byli w stanie produkować i regenerować na własne potrzeby, bez zlecania tego zadania na zewnątrz.

MW: Tym bardziej, że remonty już wykonujemy, chcemy tę gałąź działalności tylko rozwinąć rozwinąć. Kupiliśmy tez ziemię i będziemy stawiać kolejną halę w pobliżu, zyskamy więcej miejsca na realizację naszych planów.


O BSS, kontynuowanie tradycji marki ZGODA i inne plany na przyszłość, będzie okazja zapytać naszych rozmówców na jednym z największych i najważniejszych wydarzeń dla światowego przemysłu okrętowego – targach SMM w Hamburgu, już w dniach 4-7 września.

Partnerzy portalu

seatech_390x100_2022
waltoria_390x100_2022
aste_580x100_gif_2020

Dziękujemy za wysłane grafiki.