• <
CHIPOLBROK_2026_1100x200_75_LAT

Reindustrializacja Ameryki jako klucz do trumpizmu

Choć działania administracji Białego Domu na polu restrykcji celnych i protekcjonizmu irytują coraz większą ilość państw, trudno odmówić racji, iż stoi za nimi głębsza myśl. Gdyby hasła trumpowskie były zupełnie niedorzeczne, inni nie przejmowali by retoryki obecnego lokatora Białego Domu, a wolny handel kwitł by w najlepsze przynosząc Zachodowi prosperity, jak było nieprzerwanie przynajmniej od XIX wieku do 2008 roku.

Czy wolny handel jest passe?


Tymczasem niepostrzeżenie nowe potęgi gospodarki azjatyckiej pochłonęły moce wytwórcze Ameryki implikując gigantyczne bezrobocie, falę samobójstw, bezdomności, koczowania w samochodach, co opisał notabene aktualny wiceprezydent USA J.D. Vance w autobiograficznej książce „Elegia dla bidoków”, na podstawie której następnie nakręcono wartościowy i nominowany do Oscara film pełnometrażowy. 

Amerykę coś dotkliwie zabolało i nie były to abstrakcyjne wskaźniki ekonomiczne lecz skrajne ubóstwo, które w dodatku uderzyło w tradycyjnie związaną z kontynentem białą klasę średnią, która budowała w przeszłości pomyślność tego państwa i jego potęg gospodarczych w rodzaju metropolii Detroit, pogrążonej niestety od lat 90-tych w kryzysie bez perspektyw. Kryzys dotknął zatem klasę niebieskich kołnierzyków, którą starano się wyrugować i zastąpić – zgodnie z filozofią tzw. 3 fali czyli gospodarki postindustrialnej – kołnierzykami białymi. Można zatem odwoływać się do wielu określeń trumpowskiej rewolucji: nacjonalizmu gospodarczego, populizmu itp. Można identyfikować fenomen Trumpa z krucjatą, którą prowadzi obecny prezydent ze strukturami tzw. deep state – głębokiego państwa,  reprezentowanego przez nieczułych urzędników, sędziów, ekspertów i wszechmocną biurokrację. Wydaje się jednak, że najbardziej trafnym symbolem trumpizmu będzie chęć reindustrializacji Ameryki - powrotu do kluczowej roli przemysłu i klasy średniej wraz systemem wartości, który ta klasa reprezentuje.

Tak rozumiana reindustrializacja związana jest z jednej strony z nearshoringiem i skracaniem łańcuchów dostaw, czyli przenoszeniem produkcji z powrotem do kraju macierzystego, ale także transformacją przemysłu w kierunku bardziej zaawansowanych technologii i wykwalifikowanej siły roboczej. Realizowana jest ona za pośrednictwem rozmaitych instrumentów i zachęt, w tym ulg podatkowych i ceł. Szczególnie te ostatnie są dziś obiektem niewybrednej krytyki, czemu nie należy się dziwić. Trudno jednak nie zgodzić się z faktem, iż – po początkowych problemach - Trumpowi udało się wynegocjować jakieś formy umów bilateralnych z ważnymi partnerami takimi jak Unia Europejska, Wielka Brytania, Japonia czy Korea Południowa, a to może przyczynić się do sytuacji, w której produkty wytwarzane w USA będą atrakcyjniejsze cenowo względem towarów z importu. 

Opłakane skutki postindustrialnej utopii


Dziś teza, że wytwórstwo i kontrola produkcji dóbr fizycznych jest gwarancją bezpieczeństwa i odporności gospodarczej jest dla nas oczywista. Przemysł to trzymanie się realiów i twarde stanie na ziemi. Przynajmniej do wielkiego kryzysu gospodarczego 2008 roku sądzono jednak odwrotnie - z nadzieją witając tzw. czystą gospodarkę i usługi białych kołnierzyków w krajach zachodnich, które relokowały własne brudy za ocean. Nie trzeba też przytaczać danych statystycznych dokumentujących proces stopniowej agonii gospodarki Zachodu, który jakby nie patrzyć był jedną z konsekwencji owej deindustrializacji. W jeszcze większym stopniu niż USA, dotknął on Starej Europy tradycyjnie powiązanej z przemysłem stalowym, wydobywczym, samochodowym czy hutnictwem, a my Polacy moglibyśmy dodać do tej przypowieści własną historię z morałem. Problemem Europy tym razem jednak zajmować się nie będę.

Bezdomni na ulicach Los Angeles


Dość powiedzieć, iż nastąpiło przesunięcie punktu ciężkości świata z Atlantyku na Pacyfik bądź Ocean Indyjski. Nie przez przypadek nowe potęgi gospodarki azjatyckiej budowały swoje przewagi konkurencyjne na bazie tradycyjnego przemysłu ciężkiego, relokowanego tam z Zachodu w konsekwencji wymagań ochrony klimatu, choć dużą rolę odgrywały też znacznie niższe koszty robocizny w państwach azjatyckich. Znamienne, iż w ciągu dwóch dekad nowego millenium udział Państwa Środka w światowym przemyśle wynosił już 28%, podczas gdy Stanów Zjednoczonych spadł do poziomu 11%. Wielu analityków zauważyło wówczas, iż zachodnie gospodarki oparte na usługach są bardziej podatne na skutki kryzysu, niż te, których pozycję dominującą zachował przemysł oraz tradycyjne surowce energetyczne. Bijąc się w pierś przyznawali wówczas, że ich diagnozy o upadku przemysłu ciężkiego były formułowane przedwcześnie, a koncepcja „dymiących głów w miejsce dymiących kominów” nie była oparta na silnych przesłankach empirycznych.

Trump czy Biden? 


Otrzeźwienie jednak dotarło do elit, a jeżeli chodzi o USA - proces budzenia się z letargu nie doszedłby do skutku z takim impetem właśnie bez fenomenu Trumpa. Wymowa tego przekazu jest aż nadto oczywista, podobnie jak nieokrzesany charakter tego polityka, który na serio uważa, że został namaszczony przez Ducha Świętego do sprawowania władzy. W efekcie choć Amerykanie zostali dotknięci widmem kryzysu jako pierwsi, jako pierwsi wyciągnęli też wnioski i podjęli działania zapobiegawcze. W latach 20-tych (paradoksalnie w czasie prezydentury Bidena, do czego ustosunkuję się później) sektor prywatny w Stanach przeznaczył prawie 900 mld na produkcję i energetykę, w efekcie liczba fabryk podwoiła się. 

Po 2022 roku inwestycje w środki produkcji w USA znów zaczęły przybierać na sile, podobnie jak inwestycje transgraniczne, co oznaczało wzrost o 65 % oraz przyrost miejsc pracy. W 2024 roku weszła w życie także ustawa CHIPS Act (ang. Creating Helpful Incentives to Produce Semiconductors Act). Jej celem jest wzmocnienie krajowej produkcji półprzewodników oraz zmniejszenie zależności od zagranicznych dostawców, zwłaszcza z Azji a także zapewnienie bezpieczeństwa technologicznego USA. Ostatnim akordem powyższego przedsięwzięcia jest inicjatywa joint venture już z 2025 roku, w skład której wejdą OpenAI, Oracle oraz Softbank na rzecz budowy infrastruktury do rozwoju sztucznej inteligencji. W efekcie amerykański PKB jest dziś dwa razy większy niż Chiński. Co prawda - Amerykanie zawsze mieli bezpieczną przewagę nad Mandarynami, teraz jednak mogą odetchnąć z ulgą, iż różnica już się nie zmniejsza, lecz rośnie.

Kto jednak ma tu większe zasługi ? Republikanie czy Demokraci? Pytanie to niebezzasadne zważywszy nie tylko na przytaczane już wyżej wskaźniki z okresu rządów Bidena. Świadczy o tym z całą mocą podobieństwo hasła „Made in America” Joe Bidena do skąd inąd tak krytykowanego przez demokratyczny mainstream trumpowskiego bon motu MAGA (Make America Grate Again). Na podobieństwie haseł się nie skończyło. Poprzednia administracja kontynuowała politykę nacjonalizmu gospodarczego, protekcjonistycznych postulatów na rzecz odbudowy przemysłu krajowego (pomimo radykalnej retoryki antytrumpowskiej), ba robiła to w sposób bardziej umiarkowany, a przez to bardziej przemyślany niż chaotyczny Trump także z uwzględnieniem krytykowanej przez republikanów transformacji energetycznej. Warto jednak zwrócić uwagę na coś jeszcze. Choć hasło przewodnie złagodzono pozostano przy jego ideologicznym rysie narzuconym przez Trumpa. Z tego też chyba powodu Biden, Harris i spółka  nieświadomie strzelili sobie w kolano. 

Donald Trump i Joe Biden


Znamienne, że w 3 dni po rezygnacji Bidena w wyborach prezydenckich na rzecz Kamali Harris - czyli 21 lipca 2024 roku administracja Białego Domu wydała elaborat „Biden-Harris Administration’s Progress Creating a Future Made in America” pokazujący zasługi Bidena i Harris w walce o przemysł i inwestycje. Jak dowodzono w raporcie ożywienie gospodarcze, a przede wszystkim przytaczany wyżej wzrost inwestycji w krajową produkcję nastąpił po spadkach z okresu kadencji Trumpa. Ton powyższego przekazu mógł jednak wydawać się nieszczery, a zwłaszcza niekonsekwentny.  Zauważmy, że do roku 2015 ani Bill Clinton, Barack Obama ani inni politycy demokratyczni nie dostrzegali żadnego problemu w ucieczce inwestycji i miejsc pracy do Azji. Nawet publiczna statystyka nie była przyzwyczajona do mierzenie wskaźnika ubóstwa, które objęło wówczas ok. 46 mln Amerykanów, zwłaszcza białych i mieszkających w stanach przysłowiowego Pasa Rdzy (Rust Belt), podczas gdy amerykański, a w zasadzie cały globalny rynek zalewany był tanimi azjatyckimi produktami – podróbkami tych zachodnich, a z czasem i coraz bardziej zaawansowaną technologią, wiodąc do upadku zachodnich marek samochodowych i innych branży.     

Fałszywy ton przekazu Bidena został przejrzany przez wyborców, jako, że wzmiankowany raport z lipca 2024 roku nie był w stanie zagrozić pochodowi do prezydentury Trumpowi. Werdykt ludu mógł się wówczas wydawać niesprawiedliwy, pamiętajmy jednak, iż polityką rządzi przekaz emocjonalny oparty na czarno-białych matrycach, stąd też, w momencie gdy wyborcy (zwłaszcza reprezentanci prostolinijnych republikańskich „rednecks”) mają do wyboru oryginał i kopię wybiorą to pierwsze, nawet gdy stoi za nimi polityk o narcystycznych skłonnościach i niezachwianej pewności siebie. 

Klucz do zrozumienia tego co się dzieje


Stąd też warto chyba wystrzegać się chwytliwych medialnie uproszczeń w ocenie zabiegów aktualnej administracji Białego Domu (z jakże częstym utyskiwaniem na ciemnotę, dyktaturę itp.), być może dokonuje się na naszych oczach coś czego do końca nie rozumiemy. Amerykański analityk prof. George Friedman, który w swojej analizie historii USA odwołuje się do cykli społeczno-ekonomicznych sugeruje, że właśnie wkraczamy w kolejny taki cykl 50-letni. Powstają kontury czegoś nowego, co wyłania się z chaosu, przypadkowości i nieprzewidywalności, a podmiotem owej zmiany – i to być może podmiotem nieświadomym (co często akcentuje Friedman) jest Donald Trump, którego brawura i pewność siebie potwierdzają, że tak się w istocie dzieje. 

Niezależnie od wszystkiego reindustrializację należy traktować jako zwieńczenie długiego procesu historycznego, otrzeźwienie i zrozumienie w końcu własnych błędów. Zdaniem przytaczanego wyżej Friedmana zasady wolnego handlu są dziś w przewlekłym kryzysie, choć ich obrońcy jako rzecznicy status qvo jeszcze do końca nie zdają sobie sprawy, że mamy do czynienia nie tyle z przejściowym problemem, który rozwiąże się sam lecz z porażką dotychczasowej architektury relacji międzynarodowych. Przyczynił się do tego fenomen trumpizmu, co nie znaczy, że to w obrębie tego ruchu powstaną nowe i korespondujące z wyzwaniami międzynarodowymi narzędzia i instrumenty wdrożeniowe. Nawet jeżeli będą one udziałem innych formacji i polityków opcji dystansujących się od trumpizmu (i mających ku temu swe powody), ich twarzą i wizytówką będzie aktualny lokator Białego Domu. To rzecz pewna. 


Michał Graban

fot. Depositphotos


SOLID PORT_790_140_2024
JOTUN_2026
MORSKA_AGENCJA_GDYNIA_75LAT_PORTY, LOGISTYKA

Dziękujemy za wysłane grafiki.