• <
UNIWERSYTET_MORSKI_GDYNIA_1100x200

Local content po polsku. Branża o tym, jak powinien wyglądać

Strona główna Energetyka Morska, Wiatrowa, Offshore Wind, Offshore Oil&Gas Local content po polsku. Branża o tym, jak powinien wyglądać

Ministerstwo Aktywów Państwowych opracowało swoją definicję local contentu i zapowiada jej publikację wraz z uzupełniającymi dokumentami do końca miesiąca. Jak powinna brzmieć i czego powinniśmy się po niej spodziewać?

Ministerstwo Aktywów Państwowych jeszcze w lutym poinformowało, że powołany w zeszłym roku Zespół ds. Udziału Komponentu Krajowego w Kluczowych Procesach Inwestycyjnych przyjął opracowaną przez siebie definicję local contentu. To o tyle ważne, że funkcjonowanie jednej, narzuconej prawnie definicji pozwoli na unifikację szacunków udziału polskich przedsiębiorstw w inwestycjach w Polsce i zakończy dyskusję na temat tego, co powinno być określane mianem polskiego łańcucha dostaw, a co nie. Wątpliwości bowiem jest dużo, o czym pisaliśmy szerzej przy okazji II Forum Dostawców Polskiej Energetyki Wiatrowej

Można się spodziewać, że wraz z ucichnięciem jednych dyskusji w związku z prawnym umocowaniem konkretnej definicji, pojawią się kolejne – tym razem na temat tego, czy definicja jest dobra, czy zła. Na te branżowe spory jednak dopiero przyjdzie czas, bo pomimo zapowiedzi MAP-u, rynek oraz opinia publiczna tej opracowanej definicji wciąż nie poznały. Wojciech Balczun, szef resortu aktywów państwowych, wyraził podczas wspomnianego Forum nadzieję, że będzie ona opublikowana do końca marca. Zwłokę uzasadnił potrzebą dopracowania towarzyszących jej dokumentów: metodyki pomiaru i kalkulacji local contentu, analiz prawno-regulacyjnych oraz Kodeksu Dobrych Praktyk. 

Szeroka i pojemna


Sam minister Wojciech Balczun, który jest inicjatorem prac nad zdefiniowaniem pojęcia krajowego komponentu w inwestycjach, już w lutowym komunikacie o przyjęciu definicji stawiał sprawę jasno: 

– Ma być maksymalnie ogólna i pojemna tak, aby nie wykluczać żadnych podmiotów i uwzględniać specyfikę poszczególnych branż – mówił, cytowany w informacji resortu.

To samo powtórzył nam podczas rozmowy w trakcie II Forum Dostawców Polskiej Energetyki Wiatrowej w Szczecinie. Jego zdaniem definicja będzie wspierać polskich przedsiębiorców i być „narzędziem wspierającym, boosterem dla polskich przedsiębiorstw”. Skoro jednak ma być jak najbardziej szeroka i inkluzywna, rodzi się ryzyko, że będzie faworyzować duże podmioty z zagranicy, z którymi mniejsze polskie firmy nie będą miały szans. Jeśli bowiem wystarczy, żeby międzynarodowy koncern zarejestrował spółkę w Polsce i wynajął biuro, w którym zatrudni jedną osobę do odbierania poczty, by być klasyfikowanym jako local content, mniejsze przedsiębiorstwa z Polski mogą się czuć oszukane. W takim przypadku bowiem zainwestowany polski kapitał wciąż będzie wypływał na zewnątrz, zamiast zostawać w kraju. 

– Właśnie tego chcemy uniknąć, ale z drugiej strony nie możemy wykluczyć podmiotów, które są liderami na rynku w swoich branżach, zatrudniają tysiące polskich pracowników, mają tutaj siedzibę i płacą tutaj podatki, ale mają na przykład międzynarodowy, nie polski, akcjonariat – zaznacza minister Balczun. – Ja jestem o to akurat spokojny. Uważam, że stworzymy takie warunki, które będą, w zgodności z regulacjami unijnymi i na bazie najlepszych europejskich praktyk, tworzyły warunki do wspierania polskich firm. 

Również Janusz Bil, prezes Orlen Neptun, orlenowskiej spółki stanowiącej centrum kompetencyjne offshore wind w ramach koncernu, liczy na maksymalnie pojemną definicję. 

– Definicja musi być szeroka po to, aby pokazywać, w jaki sposób polskie firmy przyczyniają się do wzrostu ilości miejsc pracy, do płacenia podatków, do ograniczenia importu – mówi.

Definicja ma być szeroka, ale jednak musi być precyzyjna. Mówił o tym szczegółowo podczas panelu dyskusyjnego na II Forum Dostawców Polskiej Energetyki Wiatrowej Przemysław Ciszak, dyrektor generalny Ministerstwa Aktywów Państwowych. 

– Czasami podmiot ma formalnie siedzibę w Polsce, gdzie indziej ma beneficjenta rzeczywistego, zysk z całego procesu wytwórczego trafia za granicę i nie jest inwestowany tutaj. Dlatego często pojęcie local content zamienia się na local value, żeby wartość z procesu pozostawała i była reinwestowana w Polsce – mówił Ciszak. 

Dyrektor MAP zdradził także, że podczas pracy nad definicją zespół zwracał uwagę na dwa aspekty:

– Podmiotowy – jak zdefiniować podmiot krajowy, kto nim jest, jak go kwalifikować, jakie przesłanki zdecydują o tym, że dany podmiot jest uznany za krajowy i w jakim projekcie, oraz przedmiotowy – co jest tym produktem krajowym. Często podmiot w stu procentach jest krajowy, ma w Polsce siedzibę, zatrudnia pracowników w Polsce, tutaj jest beneficjent rzeczywisty, ale produkt, który wytwarza, składa się z komponentów pochodzących z różnych stron świata – zwracał uwagę Ciszak. 

Fokus na Skarb Państwa


– Kluczowe jest znalezienie dobrej równowagi, bo oczywiście mamy spółki polskie z polskim kapitałem, mamy spółki zagraniczne, które też są zarejestrowane w Polsce, w Polsce płacą podatki, zatrudniają Polaków. Myślę, że udział wydatków w Polsce będzie kluczowy, bo nie można powiedzieć, że ktoś, kto ma zagraniczną firmę albo oddział zagranicznej firmy, miałby zostać wykluczony tylko dlatego, że ma spółkę-matkę gdzieś za granicą – mówi Arkadiusz Marchewka, sekretarz stanu w Ministerstwie Infrastruktury, które również było zaangażowane w prace nad definicją. – Najważniejsze jest to, aby przy realizowanych projektach jak największy udział wydanych pieniędzy był tutaj. Kwestie miejsc pracy, zatrudnionych w Polsce ludzi, płaconych podatków – to są kluczowe sprawy – dodaje wiceminister. 

Arkadiusz Marchewka chciałby również, żeby definicja zachęcała spółki Skarbu Państwa do współpracy między sobą.

– Przede wszystkim zapisy mówiące o tym, że współpraca jest konieczna, że czasami działania związane z inwestycjami pomiędzy spółkami, które należą do Skarbu Państwa, będą dużo lepsze w dłuższej perspektywie niż wybór zagranicznych podmiotów, które mają większe doświadczenie. My jeszcze tego nie mamy, ale budowa tego doświadczenia musi od czegoś się zacząć. Więc powinniśmy sukcesywnie, krok po kroku realizować te działania po to, aby mieć kompetencje, aby w następnych działaniach powiedzieć: tak, jesteśmy gotowi na to, żeby robić wielkie rzeczy – mówi wiceminister. 

Produkcja, podatki, beneficjent rzeczywisty 


Wielu rozmówców zwraca uwagę na kwestie finansowe – local content ich zdaniem powinien uwzględniać te przedsiębiorstwa, które generują lub lokują konkretne finanse na terenie kraju, czy to poprzez podatki, czy zatrudnianie pracowników czyli prowadzenie produkcji, a najlepiej jedno i drugie.

– Definicja odpowiednio skonstruowana jest ważna też do tego, żeby pobudzać local content. Czyli powinna zawierać informacje o tym, że ten local content to jest faktycznie wartość wygenerowana na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej przez firmę, która odprowadza tutaj podatki, która zatrudnia tutaj pracowników – wskazuje Bartosz Fedurek, prezes zarządu PGE Baltica.

W pracach nad zdefiniowaniem local contentu brały udział także organizacje branżowe. Jedną z nich jest Polska Izba Morskiej Energetyki Wiatrowej. Jakub Budzyński, prezes PIMEW, choć nie zna jeszcze finalnej definicji to zaznacza, że branża „instynktownie wie, czym jest local content”. 

– Z pewnością definicja musi kłaść nacisk na faktyczne miejsce wytworzenia produktu, wyświadczenia usługi. Mam na myśli oczywiście terytorium Rzeczypospolitej Polskiej. W definicji powinno, wręcz musi znaleźć się odniesienie do tego, gdzie podmiot gospodarczy faktycznie odprowadza podatki oraz gdzie posiada faktyczne zasoby wytwórcze. Jeżeli te trzy komponenty współgrają i jednocześnie spełniają kryterium tego, o czym my myślimy jako o local contencie, wtedy będzie w porządku – mówi Budzyński. 

Prezes PIMEW zdaje sobie jednak sprawę, że zbudowanie takiej bardzo konkretnej definicji nie jest łatwe. Poza zasobami wytwórczymi czy rezydencją podatkową jest chociażby jeszcze instytucja beneficjenta rzeczywistego. Zdaniem Budzyńskiego ona owszem, ma znaczenie, i najlepiej, żeby znajdował się on w kraju. Jest jednak „ale”.

– Musimy też patrzeć na to wszystko realistycznie. Nie wszystkie technologie w tej chwili w Polsce mamy opanowane do tego stopnia, ażeby beneficjent rzeczywisty na poziomie Tier 1 znajdował się w kraju. Tam, gdzie jest to możliwe – jak najchętniej. Natomiast tam, gdzie musimy troszkę pola ustąpić, ustąpmy go jeszcze, ale nie traćmy ducha i nie podcinajmy własnych ambicji. Twórzmy tych generalnych wykonawców, tak żeby właśnie jak największe grono tych beneficjentów rzeczywistych znajdowało się faktycznie na terenie RP, miało polski NIP i polski rodowód kapitałowy – proponuje Jakub Budzyński.

Definicja to jedno, myślenie to drugie


Dominika Taranko, wiceprezes i dyrektor zarządzająca Wind Industry Hub nie ma złudzeń: nie da się skonstruować definicji, która będzie spełniała oczekiwania wszystkich interesariuszy branży. Przypomina też, że nad metodyką liczenia udziału krajowego komponentu pracowała także grupa robocza ds. morskiej energetyki wiatrowej w Polskim Stowarzyszeniu Energetyki Wiatrowej. 

– Firmy debatowały i pracowały nad tym, można powiedzieć, latami, więc bardzo trudne zadanie postawiło sobie Ministerstwo Aktywów Państwowych – mówi Dominika Taranko. – Będziemy musieli postawić w definicji prawnej na takie brzmienie, które będzie pragmatyczne, wykonalne i które przede wszystkim można będzie skwantyfikować poprzez metodykę liczenia – zaznacza.

Jej zdaniem, aby odpowiednio podejść do tej definicji, trzeba przyjrzeć się uważnie każdemu z pięciu sektorów strategicznych. Konieczne jest określenie, jak ich łańcuchy dostaw wyglądają obecnie i które ich elementy jesteśmy w stanie i powinniśmy policzyć z punktu widzenia ekonomiki i wagi dla projektu. 

– Tak, jak dzisiaj mówił pan minister, ale też i inni uczestnicy otwarcia konferencji, musimy przebudować nasze myślenie o tym, jak gospodarujemy publicznymi pieniędzmi, jak wydatkujemy nakłady inwestycyjne, i wbudować w nasze DNA, że wspieramy krajowy ekosystem, bo to jest logiczne, pragmatyczne, wzmacnia gospodarkę, jej odporność, skraca łańcuchy dostaw – mówi Taranko. – Definicja jest niezbędnym krokiem, żeby pójść do przodu, ale potrzebna jest zmiana ewolucji myślenia wokół tego tematu – dodaje. 

Na niezbędną zmianę mentalności w stosunku do local content podczas panelu dyskusyjnego na szczecińskim Forum Dostawców Polskiej Energetyki Wiatrowej zwracał uwagę także prezes Orlenu Ireneusz Fąfara. 

– Początek zmian jest zawsze w głowach. Uwzględnianie local content musi być w głowach menadżerów. To ważne, żebyśmy my, jako zarząd, mieli świadomość tego, że chcemy kupować lokalnie. Chcemy kupować polskie nie tylko dlatego, że to jest polskie, ale dlatego, że to jest i dobre, i polskie. Chcieć oznacza przełożyć na procedury, na sposób postępowania, na kształtowanie dokumentów przetargowych, na wymagania przetargowe – mówił ze sceny. 


Local content to bezpieczeństwo


W dyskusji o tym, jak ma być kształtowany i definiowany local content pojawia się jeszcze jeden ważny wątek – odpowiednio postrzegany przez decydentów krajowy komponent to większe bezpieczeństwo kraju. I nie tylko gospodarcze, o czym obecnie toczy się zresztą dyskusja przy okazji debaty nad programem SAFE, w której jego zwolennicy przekonują, że potrzebujemy środków na produkcję broni w Polsce. Ale w przypadku morskiej energetyki wiatrowej, czy szerzej, odnawialnych źródeł energii, odpowiednio zdefiniowany local content to bezpieczeństwo energetyczne i gospodarcze. Jeśli deweloperzy będą krajowi, będą w mniejszym stopniu narażeni na meandry geopolityki. Jeśli dostawcy technologii będą pochodzić znad Wisły, nie będzie ryzyka, że w przypadku międzynarodowych sporów zostaniemy odcięci od części zamiennych.

– Local content jest w DNA branży wiatrowej już od samego początku. Jako inwestorzy, deweloperzy, którzy realizowali ten sektor od początku jego istnienia w Polsce powtarzaliśmy o tym, że musimy zabezpieczyć nasze firmy w jak najlepszym stopniu, aby łańcuch dostaw był bezpieczny i odporny długoterminowo na wszelkiego rodzaju wahania na rynkach światowych i europejskich – mówi Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej. 

Gajowiecki przypomina, że w ostatnich latach turbulencji nie brakowało i spotykają nas coraz nowsze. Wojna w Iranie jest kolejną z nich – blokada Cieśniny Ormuz może wpłynąć na dostawy surowców energetycznych do Europy. 

– Energetyka wiatrowa, ta na lądzie i ta na morzu, jest odpowiedzią na te kryzysy, aby zabezpieczyć interesy Unii Europejskiej i naszego państwa w kontekście samodzielności i wytwarzania energii elektrycznej, a tym samym również postawienia istotnego nacisku na local content – mówi prezes PSEW. 

Branża nie jest jednak pewna, czy decydenci również utożsamiają local content z bezpieczeństwem nie tylko w zakresie ekonomii. Również Janusz Gajowiecki ma świadomość, że – jak mówi – „duża edukacja jest jeszcze do wykonania, aby we wszystkich scenariuszach rozwoju miksu energetycznego państwa, oprócz tabelki z informacją ile kosztuje prąd za kilowatogodzinę, znalazł się również drugi arkusz przedstawiający jaką wartość gospodarczą i dla naszego bezpieczeństwa ten sektor energetyki może wnieść”.

– Widzimy dzisiaj dużą dysproporcję w tej dyskusji na temat chociażby wykorzystania w pełni sektora energetyki wiatrowej na morzu, a co za trym idzie tego łańcucha dostaw. Bez rynku po prostu tego łańcucha dostaw nie będzie – zaznacza Gajowiecki. 

Bezpieczeństwo łańcucha dostaw to nie tylko local content narzucający polskie pochodzenie produktów, ale także pochodzenie usług. W przypadku morskiej energetyki wiatrowej języczkiem u wagi są od lat usługi świadczone na morzu, za pomocą jednostek pływających. Podczas swojego przemówienia na II Forum Dostawców Polskiej Energetyki Wiatrowej wiceminister Arkadiusz Marchewka wspomniał o działaniach rządu w celu stworzenia odpowiednich warunków dla odbudowy polskiej bandery. Jednym z kluczowych działań ma być wprowadzenie niskiego podatku tonażowego w miejsce CIT, z czego korzystać będą mogły także firmy w sektorze offshore. Docenia to Jakub Budzyński z PIMEW:

– Niemały procent polskich dostawców tego local contentu świadczy swoje usługi w ścisłym powiązaniu z banderą. Niestety, najczęściej nie polską. Te zmiany, które minister dzisiaj zapowiedział, nie określając jeszcze ich miejsca na osi czasu, są bardzo potrzebne – podkreśla Budzyński. 


Jedną definicję już mamy


Wracając do braku definicji local contentu: to w gruncie rzeczy zaskakujące, że cały polski offshore od lat mówi o local contencie, ale niekoniecznie rozumie go w ten sam sposób. Oczywiście wszyscy zgadzają się w kwestii pryncypiów tej domniemanej definicji, ale diabeł w tym przypadku tkwi w szczegółach. Odkąd prace nad morskimi farmami wiatrowymi na polskim Bałtyku przyspieszyły, deweloperzy podają różne wartości udziału polskich firm w łańcuchach dostaw. Jeszcze inne wartości są szacowane przez organizacje branżowe.

– Musimy jasno powiedzieć, że każdy z inwestorów liczy to trochę po swojemu – potwierdza Dominika Taranko. Na sugestię, że inwestorzy zapewne dobierają sposoby liczenia, które wykażą wyższy udział, Taranko odpowiada, że uważa, że „każdy z inwestorów robi to w dobrej mierze i stara się pokazać realny obrazek”. 

Janusz Bil z Orlen Neptun w rozmowie z Gospodarką Morską poinformował, że jego spółka w wyliczaniu local contentu opiera się na zapisach z tzw. ustawy offshorowej oraz umowy sektorowej. 

W ustawie offshorowej, czyli Ustawie o o promowaniu wytwarzania energii elektrycznej w morskich farmach wiatrowych, nie ma jednakże żadnej propozycji tego, jak rozumieć local content. Nie ma o nim zapisów, natomiast ustawa ta wprowadza obowiązek zaprojektowania planu łańcucha dostaw materiałów i usług. Plan taki musi znaleźć się m.in. we wniosku o przyznanie prawa do pokrycia ujemnego salda. W tekście ustawy nie ma jednak nacisku na to, żeby składał się on w jak największej z dostaw z Polski. Co innego tzw. sector deal, czyli Porozumienie sektorowe na rzecz rozwoju morskiej energetyki wiatrowej w Polsce. Tam definicja pojęcia „local content” to „udział przedsiębiorców z siedzibą w Polsce lub przedsiębiorców zagranicznych posiadających na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oddział lub przedstawicielstwo i prowadzących działalność produkcyjną lub usługową na terenie Rzeczypospolitej Polskiej, tworzących łańcuch dostaw w realizacji zamówień na potrzeby budowy i eksploatacji MFW w polskiej wyłącznej strefie ekonomicznej”. Problem w tym, że umowa sektorowa nie ma mocy aktu prawnego. Choć została podpisana m.in. przez ministerstwa, spółki Skarbu Państwa, jak i rzeszę przedsiębiorstw prywatnych chcących zaistnieć w sektorze morskiej energetyki odnawialnej, to do niczego ich de facto nie zobowiązuje. Poszczególni sygnatariusze – i nie tylko – mogą opierać się na zawartej tam definicji, ale nie muszą, a za rozbieżności nie grożą im żadne konsekwencje. 

Stąd zatem pilna potrzeba wprowadzenia oficjalnej, prawnej definicji. Bez niej istnieje bowiem ryzyko, że inwestorzy będą podawać nie tylko dane, których na dobrą sprawę nie da się ze sobą zestawić, ale także, że będą dobierali sposób mierzenia tak, by wypadał jak najlepiej. Co więcej, różnice mogą występować nie tylko między przedsiębiorstwami, ale także nawet między prowadzonymi przez jedno przedsiębiorstwo projektami. 

Zarówno Orlen Neptun, jak i PGE Baltica zapewniają, że stosują dla wszystkich swoich projektów ten sam sposób liczenia.

– Staramy się wszystkie projekty z naszego portfela porównywać tą samą miarą, czyli jeżeli w projekcie Baltica 2 mówimy, że naszym celem jest wbicie się w przedział 20-30% dla projektów pierwszej fazy, to w projekcie Baltica 9+ mówimy o minimum 45%. Tak samo rozumiemy local content mówiąc o tych dwóch projektach, więc nie ma tu triku wynikającego ze zmiany definicji – potwierdza Bartosz Fedurek, prezes PGE Baltica. 

W PGE Baltica funkcjonuje zresztą dedykowany zespół ds. local content, którego zadaniem jest ustalenie, co zrobić, żeby udział polskich przedsiębiorstw w projektach spółki był większy. Spółce zależy na tym nie tylko dlatego, żeby wypełnić wcześniejsze zobowiązania.

– Wysoki poziom local content poza dobrą ceną jest warunkiem krytycznym dla akceptacji politycznej i społecznej kolejnych projektów – powiedział Fedurek podczas panelu dyskusyjnego w Szczecinie. 

Trupy raczej nie wypadną z szafy


Wprowadzenie jednej, odgórnej definicji local contentu i zmuszenie inwestorów do jej zastosowania w swoich projektach może spowodować, że deklarowany przez nich obecnie udział lokalnego komponentu w inwestycjach się zmieni. Trudno jednak się spodziewać, żeby były to różnice drastyczne. 

– Myślę, że ta definicja autorstwa rządu, chociaż uogólniona, bo dotycząca większego zakresu gospodarki niż tylko offshore wind, będzie w dużej mierze spotykała się z naszymi oczekiwaniami. Taką wyrażamy nadzieję. Więc nie sądzę, że nastąpi nagłe zawrócenie i wspólne orzeczenie pomyłki w kwalifikowaniu danego podmiotu do local content bądź nie – argumentuje Jakub Budzyński, prezes PIMEW.

Minister Aktywów Państwowych Wojciech Balczun chce jednak mieć pod kontrolą poziomy local contentu – już według nowej definicji i jednej określonej metodologii jego mierzenia – w podlegających mu spółkach Skarbu Państwa. W rozmowie z Gospodarką Morską szef resortu poinformował, że monitorowaniem komponentu krajowego w prowadzonych przez te spółki inwestycjach będzie zajmował się Główny Urząd Statystyczny. GUS ma je uwzględniać w swoich raportach i statystykach. MAP porozumiał się też z Urzędem Zamówień Publicznych, który ma przyjąć zastosować definicję local contentu na potrzeby opracowywanej przez siebie Polityki Zakupowej Państwa. Ale Balczun zapowiedział także, że zamierza wykorzystać instrumenty nadzoru właścicielskiego nad kluczowymi spółkami, na przykład poprzez wyznaczanie zarządom kluczowych wskaźników efektywności, tzw. KPI, przez rady nadzorcze spółek. W tych wskaźnikach może znaleźć się wymóg osiągnięcia konkretnego poziomu komponentu krajowego w inwestycjach. 

fot. Depositphotos

JOTUN_2026
PSEW_2026_390x150

Dziękujemy za wysłane grafiki.