• <
UNIWERSYTET_MORSKI_GDYNIA_1100x200

Trident BMC otwiera drzwi do offshore. Co czeka za nimi?

Strona główna Energetyka Morska, Wiatrowa, Offshore Wind, Offshore Oil&Gas Trident BMC otwiera drzwi do offshore. Co czeka za nimi?
Fot. Trident BMC

Według raportów w Polsce funkcjonuje w tym momencie około 400 firm zdolnych, by stać się częścią łańcuchów dostaw na potrzeby sektora offshore wind. Dla większości z nich jest to zupełnie nowe wyzwanie, ale w tym gronie istnieją przedsiębiorstwa, które zamierzają przenieść swoje olbrzymie doświadczenia z innych morskich operacji na energetykę wiatrową. Jednym z nich jest Trident BMC, który wraz z pierwszym zleceniem chce szeroko otworzyć sobie drzwi do branży morskich farm wiatrowych.

– Zawsze jesteśmy otwarci na nowe szanse. Mamy w Polsce ludzi z kompetencjami, którzy wiedzą co robią. Trzeba to wszystko tylko poukładać – mówi Andrzej Dzieński, Managing Director, członek zarządu Trident BMC. Kiedy opowiada historię firmy widać, że otwartość na nowe możliwości stała się dla niej drogą do celu. 

Offshore trzeba wychodzić


Przez kilkanaście lat istnienia na rynku morskim Trident BMC ewoluował, aż w końcu stał się – by użyć słów samego Dzieńskiego – małą stocznią bez doku. W dowolnym momencie na różnych statkach obsługiwanych przez Trident BMC na całym świecie pracuje przynajmniej kilkaset osób, w tym duża część Polaków. Część z tych jednostek stoi w suchych dokach w wielu stoczniach, ale wiele operacji odbywa się podczas rejsów. Rodzajów zadań wykonywanych przez pracowników firmy z Gdańska jest wiele, ale do tego jeszcze wrócimy. Póki co dość powiedzieć, że przez kilkanaście lat istnienia Trident BMC ewolucja firmy była w zasadzie cechą stałą. I tak jest do dziś. Przed spółką bowiem kolejny rynek do podbicia: offshore wind.

Ekipa Trident BMC wie już jednak, że łatwo nie będzie i swoje trzeba wychodzić. Pozyskanie pierwszego zlecenia zajęło lata.

– Kiedy pojawił się program, pojawiła się mowa o tym, że Polska wchodzi w wiatraki, to był moment, kiedy się zaczęliśmy tym interesować. Ale początki były dość rozczarowujące, frustrujące – wspomina Michał Zemfler, General Manager Trident BMC w Polsce. Mówi o niekończących się konferencjach, od których firma „się odbijała”. – Właściwie już sami trochę się zastanawialiśmy, czy to w ogóle ma sens. Ale stwierdziliśmy: dobra, dajmy sobie jeszcze trochę czasu – dodaje.

Andrzej Dzieński potwierdza, że offshore wind trzeba sobie „wydeptać”, dzień po dniu, krok po kroku. Nie niepokoiło go to jednak. Przypomina sobie, że tak samo było z udziałem firmy na rynku offshore oil & gas w Afryce. 

– To był niezły numer, bo najpierw sprzedaliśmy im wodę. Trzeba gdzieś złapać kontakt. Potrzebowali wody dezynfekowanej, akurat się nawinęliśmy. Kiedy już jest kontakt, trzeba przekonać tych ludzi, żeby z tobą pracowali, wykonać jakiś ruch. Trzeba więc mimo wszystko zainwestować w kompetencje, w ludzi, certyfikacje zanim w ogóle dostanie się pracę. A i tak nikt przecież nie daje gwarancji, że się to zlecenie dostanie, dlatego jesteśmy bardzo zadowoleni z tego, co Jacek i Tomek wraz z ekipą zrobili – mówi Dzieński.

Fot. Trident BMC


Pierwszy kontrakt 


Wspomniany Tomek to Tomasz Kmita, Business Development Manager, Offshore Wind w Trident BMC, zaś Jacek to Jacek Sadaj, Offshore Wind Division Manager w Trident BMC, doskonale znany w polskiej branży morskiej. A tym, co zostało zrobione, to pozyskanie pierwszego zlecenia dla spółki w polskiej morskiej energetyce wiatrowej. 

W wybudowanej w tym celu hali produkcyjnej, zlokalizowanej na terenie Świnoujście Offshore Terminalu, Trident BMC będzie realizował wyposażenie w niskonapięciowe instalacje elektryczne platform kratownicowych, montowanych wewnątrz monopali. Same konstrukcje będą produkowane w Żarach przez Smulders, który jest zleceniodawcą dla Trident. Każda z nich ma około 8 metrów średnicy i 10 metrów wysokości. Wszystko to na potrzeby morskiej farmy wiatrowej Baltica 2, realizowanej przez PGE i Ørsted.

– Cieszymy się z tego, że to największy polski projekt. To łącznie 107 monopali, więc bardzo skrupulatnie przygotowywaliśmy się do tego projektu, bo każdy błąd w estymacji skutkowałby stratą multiplikowaną 107 razy. Z dużą uwagą podeszliśmy do tego zadania i mamy pełne przekonanie, że wybijemy się na nim – mówi Jacek Sadaj. A ambicji ludziom z Trident BMC nie brakuje. – Nie chcemy robić tylko instalacji na lądzie. Chcemy, żeby ten projekt wypchnął nas dalej na offshore, żebyśmy wraz z kolejnymi projektami mogli rozszerzać nasze kompetencje i podłączenie na wodzie. 

Przebicie się na polskim rynku offshore to jeden z celów firmy. Trident BMC ma zresztą mocne argumenty – zarówno potwierdzone kompetencje, jak i zasoby ludzkie. Nie zapominajmy, że wpisuje się też w filozofię „local first”.

– Pracujemy na całym świecie, ale tutaj, na miejscu, dajemy stałe zatrudnienie ponad 200 osobom – mówi Michał Zemfler. – Poza tym dajemy sporo pracy kooperantom, którzy z nami współpracują. Nie wspominając o tym, że 80-90% ludzi, którzy pracują na naszych projektach, to Polacy. 

Produkcja w Świnoujściu ruszyła jesienią. Zakończenie prac planowane jest na połowę czerwca. Terminy się nie zmieniły.

– Na lipiec mamy już inne plany – mówi Jacek Sadaj.

Dzieński, Zemfler i Sadaj nie ukrywają, że jest sporo do nauczenia się. Smulders buduje tego typu konstrukcje na potrzeby różnych projektów w różnych lokalizacjach w Europie. Ekipa odpowiadająca za inwestycję w Świnoujściu kontaktuje się z innymi, by nie powtarzać ich błędów. W proces zaangażowani są jeszcze inni interesariusze, jak choćby władze Świnoujście Offshore Terminala.

– Wszyscy się uczymy tej współpracy, bo to jest dopiero początek – mówi Sadaj. – Sam terminal był budowany właśnie pod polskie farmy wiatrowe. Właściwie na każdym takim terminalu zawsze jakieś prace wyposażeniowe są realizowane, choćby to miały być jakieś proste rzeczy.

Stocznia bez doku 


Póki co w Świnoujściu z ramienia firmy pracować będzie około 20 osób. 15 będzie zajmować się produkcją, pozostałe nadzorem, product managementem, kwestiami administracyjnymi. Ale zakres prac, choć był zdefiniowany bardzo precyzyjnie, może się rozszerzyć. Wtedy przybędzie ludzi w kaskach z logiem Trident BMC. 

– Nasze podejście jest takie, że staramy się nie patrzeć tylko jednokierunkowo. Chodzi o to, żeby przede wszystkim klient był zadowolony. Jeżeli jest jakaś zmiana, wychodzi coś nowego, to nie męczy nas to, nie szukamy wymówek, tylko rozwiązania. I w tym przypadku też tak będzie. Jeżeli się okaże, że zakres się będzie zmieniał to będziemy się dostosowywać i reagować – zapewnia Andrzej Dzieński. 

Wydaje się, że wie co mówi. Jest w branży morskiej już ponad 40 lat i z niejednego pieca chleb jadł. Anegdotami o swoich przygodach i o realiach branży stoczniowej i offshore na świecie oraz – siłą rzeczy – w Polsce sypie jak z rękawa. Swoją karierę rozpoczynał zresztą w zasadzie za płotem od dzisiejszej gdańskiej siedziby Trident BMC – w Stoczni Gdańskiej, gdzie spędził 11 lat. Potem – jak sam mówi – wezwał go świat. Pracował m.in. w Dubaju, Bahrajnie, Arabii Saudyjskiej, aż wylądował w USA. Potem powstała firma Nordica, pierwsza, która zatrudniała polskich fachowców na remontach i przebudowach statków pasażerskich na całym świecie. Siedzibę miała w Pruszczu Gdańskim. Jej ludzie pracowali na statkach Norwegian Cruise Lines, Royal Caribbean Cruise Lines, Carnival Cruise Lines... Sam Trident BMC powstał w 2013 roku, jeszcze pod inną nazwą, jako dział firmy wyposażeniowej obsługującej US Navy, która chciała jednak otworzyć się na rynki komercyjny i wycieczkowy. Po drodze trafił się m.in. duży kontrakt z liniami kontenerowymi, na statkach których Trident instalował największe scrubbery na świecie. 

Fot. Trident BMC


– Zrobiliśmy ponad 50 kontenerowców z CMA CGM. To hybrydowe instalacje, w tamtym okresie właściwie największe zainstalowane na świecie jeśli chodzi o przebudowę, w sumie na różnych statkach zamontowaliśmy ponad 400 scrubberów – wspomina Dzieński. – Nasza firma robiła to w Chinach, jak i na całym świecie, pod przewodnictwem naszych ludzi z Polski i Stanów.  

– Był moment, w którym mieliśmy w Chinach ponad 200 ludzi z Polski, bo rozpoczynając te projekty mieliśmy bardzo ograniczony czas i nie mogliśmy podjąć ryzyka współpracy z lokalnymi firmami, których jeszcze nie znaliśmy. Nie chcąc położyć projektu wysyłaliśmy stąd tak naprawdę całą siłę roboczą – uzupełnia Zemfler. Do dziś Trident BMC ma zresztą własną spółkę w Chinach, za pośrednictwem której realizuje kolejne projekty w Azji. 

Choć chętnych na scrubbery jest coraz mniej, to Trident ma kompetencje w zasadzie we wszystkich technologiach i systemach, które są lub mogą stać się konieczne w związku z Fit for 55. 

– Zaczynają się retrofity i modernizacje pod nowe paliwa. Mamy air lubrication system, robimy systemy paliwowe, prace elektryczne, falowniki, systemy wód balastowych, przebudowujemy systemy, żeby oszczędzać energię. Mamy dział elektryczny, dział rurarski. Zajmujemy się wszystkim od początku do końca: procurement, instalacja, odbiory klasowe. Jesteśmy praktycznie małą stocznią bez doku – wymienia Dzieński. 

Jak dodaje Michał Zemfler, wiele z tych prac realizowanych jest nie w doku, a podczas rejsu. Nawet instalacje bardzo dużych elementów da się zrobić na wodzie, nie wspominając już o remontach na statkach pasażerskich podczas kolejnych wycieczek. Nie zawsze przecież armator ma czas, żeby odstawić statek do stoczni, czasami chce zaoszczędzić, albo nie może sobie pozwolić na utratę przychodów. 

– Robimy to wszędzie. Dzisiaj mamy ludzi na całym świecie. Skala jest spora. Właściwie nic nie ogranicza nas lokalizacyjnie, jesteśmy praktycznie wszędzie, na każdym kontynencie, bo i w Australii mieliśmy w tym roku projekt, jesteśmy w Afryce, gdzie nasz dział Offshore, Oil & Gas wykonuje prace remontowe na jednostkach FPSO – mówi Zemfler.

Fot. Trident BMC


„Jesteśmy małą stocznią bez doku” – powtarza Andrzej Dzieński. To jego zdaniem najlepsza charakterystyka Trident BMC. Sam wspomina o tym, że większość firm, z którymi zdarzyło się im współpracować, miała wąską specjalizację – zajmowała się elektryką, wyposażeniem, HVAC, rurami. Tymczasem Trident robi praktycznie wszystko. 

– To jest naszą przewagą. Potrafimy przyjść do klienta i powiedzieć: „nie potrzebujesz dziesięciu firm w jednym rejonie – jednej elektrycznej, drugiej do wentylacji, trzeciej, żeby ci rury podłączyła. Nasza firma wchodzi i mamy to in-house”. Klienci widzą tę przewagę. Nie zostawiamy szarych stref, które pojawiają się przy wielu firmach, kiedy nie wiadomo, co jest czyje – argumentuje Dzieński.

Dry dock miracle


Z tego podejścia może też skorzystać polski offshore wind. Dla Andrzeja Dzieńskiego i jego firmy pierwsze zlecenie w Świnoujściu ma otworzyć drzwi do kolejnych. Ale zyskać na tym może nie tylko sam Trident BMC.

– Uważamy, że są w Polsce firmy, nie tylko nasza, które mogą robić bardziej skomplikowane prace w kraju, tylko musimy mieć do tego dostęp. Ktoś musi mieć chęć udostępnić to polskim firmom. Możemy robić trafostacje, inne konstrukcje. Nie musimy tylko wywozić stąd stali do Danii, żeby oni to zrobili – mówi Dzieński. Potrzebne jest jednak odpowiedzialne podejście, a czasami też chęć do podjęcia ryzyka. Jak wtedy, kiedy na targach offshore w Hamburgu Dzieński zaprosił ludzi ze Smulders do zrobienia w Trident BMC audytu, choć dobrze wiedział, że firma nigdy jeszcze nie zrealizowała żadnych zleceń w tym sektorze. I tak się zaczęło – audyt wyszedł bardzo dobrze, co ułatwiło późniejsze podpisanie kontraktu. – Najlepsze w tym audycie było to, że nie mieliśmy jeszcze wykonanej żadnej pracy na offshore wind, więc musieliśmy sami wymyślić, czego będą od nas chcieli, jak to będzie wyglądać, co musimy mieć. A to też inwestycja – wspomina Andrzej Dzieński.

– Dostarczyliśmy to na podstawie innych projektów, które były realizowane w innych dywizjach – dopowiada Michał Zemfler. 

– Jeśli nie zainwestujesz w takie rzeczy, nie zrobisz tego, co myśmy zrobili, to nie postawisz nogi na platformie, nie postawisz nogi w offshore – podsumowuje Dzieński. Opowiada, że najważniejsze jest podejście do zadania. Wszystko trzeba robić tu i teraz. „Nie ma rzeczy na jutro” – mówi i opowiada o pracach na statkach w suchym doku, gdzie wielokrotnie jeszcze na trzy dni przed końcem terminu nie widać światełka w tunelu. – Gdy my kończymy prace dokowe na przykład na Bahamach, w tym czasie dzień przed rejsem tysiące pasażerów z całego świata przylatuje do Miami, nocuje tam, żeby wejść na statek następnego dnia. Nie ma mowy o spóźnieniu, bo koszty i idące za tym kary odwołania rejsu poszłyby w miliony dolarów. Trzy dni przed końcem wszyscy chodzą nerwowi, ale my wiemy, że to zrobimy na czas. Kiedy pierwszy raz pojechałem na dry dock też miałem wrażenie, że ten statek nie wypłynie o terminie. Nagle – dry dock miracle! Tak to nazywamy w naszym biznesie, ale tak naprawdę nie ma to nic wspólnego z „miracle”. To jest od początku do końca dokładnie zaplanowane działanie, bo w tym biznesie liczenie na cud to droga do katastrofy. W ostatnią noc wszystko jest posprzątane, zrobione i rano podejmujemy pasażerów. Nigdy nam się nie zdarzyło, żebyśmy nie wzięli. To jest reżim, w którym cały nasz team pracuje. Deadline to święta rzecz i jeżeli dla kogoś nie jest, to na pewno nie pracuje w naszym biznesie. 

Na koniec pytam o gotowość do kolejnych wyzwań w offshore. Gdyby dziś w gdańskiej siedzibie Trident BMC zadzwonił telefon i głos w słuchawce powiedziałby: „mam dla was robotę na morzu”, to czy firma ma jednostki, które mogłaby z marszu oddelegować do nowego zadania? Kiedy myślę, że pytanie będzie podchwytliwe, bo Trident nie posiada własnej floty, Andrzej Dzieński bez wahania udziela prawidłowej odpowiedzi:

– Nie, ale możemy to załatwić – mówi pewnie. – Nigdy nie mówimy „nie”, zawsze się zastanawiamy. Oczywiście nie jest tak, że wszystko jesteśmy w stanie zrobić, ale zawsze jest u nas otwartość. Siadamy, szukamy, znajdujemy – kończy. 

JOTUN_2026
PSEW_2026_390x150

Dziękujemy za wysłane grafiki.