• <

Jego nazwisko jest znane w każdej stoczni na świecie. „Ojciec żaglowców” z nowym projektem

Dodano: 13.05.2020
Brzozowy Kąt, wieś na Podlasiu. Grzebiąc na strychu, mały Zygmunt znajduje w kufrach egzemplarze miesięcznika „Morze”. Postępując według instrukcji, składa statki z papieru. Nieco później udoskonala projekty konstruując statki ze świńskiego koryta a następnie budując z kolegą drewniany kajak. Dziś, nie ma na świecie człowieka, który zaprojektował więcej żaglowców niż on, ale Zygmunt Choreń ani myśli przejść na emeryturę. Na desce kreślarskiej jego biura powstał właśnie godny następca legendarnej Pogorii.

Brzozowy Kąt, wieś na Podlasiu. Grzebiąc na strychu, mały Zygmunt znajduje w kufrach egzemplarze miesięcznika „Morze”. Postępując według instrukcji, składa statki z papieru. Nieco później udoskonala projekty konstruując statki ze świńskiego koryta a następnie budując z kolegą drewniany kajak. Dziś, nie ma na świecie człowieka, który zaprojektował więcej żaglowców niż on, ale Zygmunt Choreń ani myśli przejść na emeryturę. Na desce kreślarskiej jego biura powstał właśnie godny następca legendarnej Pogorii.

Jak to się stało, że chłopiec z Podlasia znalazł się nad Bałtykiem i zapracował sobie na miano „ojca żaglowców”?

W takich historiach zawsze jest trochę magii. Wychowywałem się w małej wiosce Brzozowy Kąt, gdzie nikt nigdy nie widział morza ani o morzu nie słyszał. Ponad 60 lat temu, grzebiąc na strychu, znalazłem w kufrze miesięcznik „Morze” ze zdjęciem Daru Pomorza. Ten magazyn stał się później moim oknem na świat, czytałem każdy kolejny numer i zacząłem marzyć o dalekich rejsach, o podróżowaniu.

Już w dzieciństwie stawiał Pan pierwsze kroki w roli projektanta

Zaczęło się od papierowych statków, nieco później skonstruowałem pierwszy żaglowiec ze świńskiego koryta, który wiosną puściłem do rowu melioracyjnego z nadzieją, że dopłynie do morza. W „Morzu” znaleźliśmy też z kolegą plan zbudowania drewnianego kajaka.

„Morze” zabrało Pana do Gdańska?

Najpierw udało mi się trafić na dwutygodniowy rejs organizowany przez Jerzego Micińskiego, redaktora naczelnego mojego ulubionego czasopisma. To było spełnienie marzeń i jednocześnie upewnienie się, że morze to moja przyszłość. Po skończeniu szkoły średniej przyjechałem do Gdańska i wybrałem studia na Politechnice, na Wydziale Budowy Okrętów. Od razu zapisałem się też do jacht klubu działającego przy uczelni. Pływałem między innymi na „Szkwale” a praktyka żeglarska niezwykle przydała mi się później w pracy.

Miałem również to szczęście, że moimi profesorami były wybitne osobowości, prof. Wysocki, prof. Potyrała czy prof. Rylke. Byłem w dobrych rękach i wiem, że czas spędzony na studiach był ciekawy i bardzo owocny.

Pamięta Pan pierwszą pracę po studiach?


Właściwie od razu trafiłem na Politechnikę do prof. Kobylińskiego i pracowałem w basenie modelowym. Statki, którymi się zajmowałem miały być nie tylko bezpieczne, ale i szybkie, żeby się ludziom podobały. Dało mi to duże rozeznanie, co przydało się później przy pracach projektowych.

Czy już wtedy wiedział Pan, że zajmie się żaglowcami?

Lubiłem żeglarstwo. Z Politechniki przeszedłem do Stoczni Gdańskiej, co było kolejnym szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Bardzo prężnie działał tam bowiem Jacht Klub Stoczni Gdańskiej, który zrzeszał między innymi fantastycznych pracowników biura projektowego. Udało nam się wyruszyć w roczny rejs dookoła świata  i wziąć udział w regatach Whitbread.

Podczas rejsu, na Oceanie Indyjskim przeżyliście bardzo niebezpieczną sytuację

Zgadza się, uderzyła nas wtedy pionowa ściana wody przemieszczająca się z ogromną prędkością. Załamała się nad pokładem i ścięła maszt rufowy. Na szczęście nasza załoga nie wpadła w panikę chociaż sporo wody wlało się do wnętrza jachtu. Ścięty maszt wiszący na linach wciągnęliśmy na pokład i tak dopłynęliśmy do Sydney.

Nabrałem wtedy szacunku do wody. Zdałem sobie sprawę, że na statkach trzeba pilnować przede wszystkim stateczności. Raz na sto lat może zdarzyć się szkwał, który przewróci nawet najlepszą jednostkę na burtę, ale dobrze zaprojektowany żaglowiec powinien to wytrzymać. Zakres ramion prostujących tworzonych przeze mnie statków to około 90 stopni więc nawet jeśli jakaś siła położy je na burtę a maszty prawie wejdą do wody – mają obowiązek wstać.

Jak wyglądał powrót do pracy po rocznym rejsie dookoła świata?

Po powrocie zrobiła się moda na żaglowce a mój dyrektor wezwał mnie do siebie i zapytał: „Choreń, chcesz budować? Chcesz projektować?” Zgodziłem się od razu.

Pojawił się wtedy Krzysztof Baranowski, który chciał zamówić w Finlandii statek do szkolenia młodzieży. Pomyślałem, że dla gdańskiej stoczni to fantastyczna okazja i przekonałem go, że lepiej zbudować taką jednostkę w Polsce.  Wytłumaczyliśmy dyrektorowi, że jeśli uda nam się stworzyć małą Pogorię to i Daru Młodzieży nie trzeba będzie się obawiać. Później pojawił się ówczesny szef telewizji Maciej Szczepański, zapalony do pomysłu posiadania własnego żaglowca a historia nabrała rozpędu. I udał nam się ten Dar Młodzieży.

Stocznia nie bała się wtedy nowych wyzwań, to był okres świetności polskiego przemysłu okrętowego. Trudno w to uwierzyć, ale co 10 dni, z Gdańska wychodził wtedy w morze gotowy, pełnomorski statek. Byliśmy drugą potęgą okrętową na świecie.

Jak z Pana perspektywy wygląda dziś polska branża stoczniowa?

Nie daliśmy się całkiem zgnębić transformacji więc jest nadzieja na przyszłość. Nadal budujemy statki. Co prawda nie w takiej ilości jak kiedyś, ale nie dajemy się. Co chwilę słyszymy o nowych jednostkach wypływających z Remontowej, na trójmiejskim rynku działa wiele ambitnych biur projektowych, Polska jest potęgą w branży jachtowej. Mam nadzieję, że nadal będziemy budować żaglowce, bo są one potrzebne.

Dlaczego?

Ludzie odpowiadający za edukację przyszłych kadr zawodowych doszli do wniosku, że najlepszą szkołą dla przyszłych oficerów jest pokład statków żaglowych. Tego typu rejsy uczą prawdziwego życia, pozwalają poznać i zrozumieć morze i niebezpieczeństwo z nim związane. Nieodzownym elementem żeglarstwa jest także umiejętność współpracy i świadomość, że nie wszystko zależy od nas. Promując żeglarstwo, otrzymujemy po prostu lepszych ludzi, bardziej światłych i bardziej świadomych.

Ukazała się interesująca książka Sławomira W. Malinowskiego, w której cytuje słowa generała Mariusza Zaruskiego: "Pływałem, mokłem i marzłem na pokładach jachtów nie po to, aby z Was uczynić sportowców, lecz dlatego, ażebyście Wy jako Polacy poznali morze, uczuciem się z nim związali, uznali je za własną, bezcenną wartość, bez której nie ma życia dla dzisiejszej Polski".

Na ścianach widzę kolejne szkice żaglowca. To kolejny projekt Choreń Design & Consulting?

Zgadza się, projektujemy teraz brygantynę. Skupiliśmy całe swoje doświadczenie aby zbudować dobry, bezpieczny, ekologiczny i tani w eksploatacji statek do morskiego szkolenia młodzieży.

Nie chce się wierzyć, ale minęło już 40 lat od czasu, gdy była zbudowana Pogoria. Na jej pokładzie szkoliło się ponad 30 tysięcy dziewcząt i chłopców. Ale myślę, że przyszedł czas, żeby zastąpił ją nowy, lepszy statek. Jestem przekonany, że nowy projekt to godny następca. Czekamy teraz na fundusze, żeby go zbudować.

Komu mogłaby posłużyć nowa brygantyna?


To muszą być ludzie, którzy nie zatracili instynktu pro publico bono. Żaglowce nie powinny być jednostkami komercyjnymi przeznaczonymi do zarabiania pieniędzy. Chciałbym, żeby statki te były eksploatowane przez kluby żeglarskie takiej klasy, jaką pamiętam z czasów mojej młodości.

Nowa jednostka ma nazwę roboczą Rewa, bo działa tam bardzo ambitny klub żeglarski, który z mojej perspektywy jest kontynuatorem najlepszych tradycji.  

Kolejną organizacją, której mogłyby posłużyć nowe żaglowce jest Chrześcijańska Szkoła pod Żaglami z Pelplina, która planuje rejs dookoła świata.

Myślę, że dużo rozsądnych ludzi dostrzega korzyści płynące z wychowywania młodzieży i resocjalizacji na morzu. To sposób na poznanie zarówno świata jak i siebie.

Nie żałuje Pan, że nie udało się zostać marynarzem?

Życie marynarza diametralnie się zmieniło. Kiedyś to była frajda, statek wchodził na dwa tygodnie do portu, gdzie go rozładowywano, marynarze mieli okazję zwiedzić okolicę, nawiązywać przyjaźnie na całym świecie. Dziś przeładunki trwają kilka godzin a załoga nie ma czasu nawet zejść z pokładu.  Myślę, że jestem dzieckiem szczęścia, bo udało mi się zdobyć pracę, która sprawia mi przyjemność.

Zaprojektował Pan najbardziej znane i największe żaglowce na świecie. Czy nie myślał Pan o tym, żeby wypłynąć teraz w jakiś rejs? Odpocząć?

Chciałbym zbudować co najmniej trzy jednostki, o których mówiłem i czwartą, trochę większą. W mojej filozofii, przebywanie na tzw. zasłużonej emeryturze to powolne oczekiwanie na śmierć. Póki pary w płucach – będę projektował.

 

*****

ZYGMUNT CHOREŃ: Nazywany jest „ojcem żaglowców” Urodził się w 1941 r. Zaprojektował i nadzorował budowę najbardziej znanych żaglowców, pływających dziś pod banderami Polski, Bułgarii, Rosji, Ukrainy, Niemiec, Finlandii, Japonii i Panamy. 

Spod jego ręki wyszły m.in. Pogoria, Iskra II, Fryderyk Chopin, Royal Clipper, a także Dar Młodzieży i Mir. Konstruktor. Stoi za konstrukcją trójmasztowca Oceania, należącego do Instytutu Oceanologii PAN, który jest obecnie największym polskim instytutem badającym problemy fizyki, chemii, biologii i ekologii morza. Zaprojektował również największy żaglowiec na świecie - Flying Clipper. Od 1992 roku prowadzi firmę Choren Design & Consulting w Gdańsku na Morenie.

*****

Za niezwykłą życzliwość oraz udostępnienie archiwalnych materiałów zdjęciowych i filmowych dziękujemy:

Europejskiemu Centrum Solidarności

Zespołowi portalu NaszBaltyk

Politechnice Gdańskiej

Pawłowi Góreckiemu

Bartkowi Sekowskiemu i PHU "Maior.net.pl" - Marcin Mułenko 

 

Podziel się:

Dziękujemy za wysłane grafiki.