• <
mewo_2022

Po linie na szczyt turbiny

Sylwia Gutowska

23.06.2022

Go Ropes założyli Łukasz Łabędź, Mateusz Archacki i Mateusz Wiszniewski. Pomimo tego, że firma rozpoczęła działalność tuż przed pandemicznym lockdownem, w tej chwili jest czwarta w Polsce pod względem ilości wydawanych certyfikatów (1Q2022). Jak zgodnie podkreślają właściciele, ich przewagą nad konkurencją jest znajomość branży wiatrowej od podszewki.

Pokaż cały artykuł
Po linie na szczyt turbiny - GospodarkaMorska.pl
Fot. GO ROPES

Go Ropes założyli Łukasz Łabędź, Mateusz Archacki i Mateusz Wiszniewski. Pomimo tego, że firma rozpoczęła działalność tuż przed pandemicznym lockdownem, już w 1. kwartale 2022 była czwarta w Polsce pod względem ilości wydawanych certyfikatów. Jak zgodnie podkreślają właściciele, ich przewagą nad konkurencją jest znajomość branży wiatrowej od podszewki. Każdy prowadzący zajęcia sam pracował przy serwisie i instalacji turbin wiatrowych na lądzie i na morzu. Szkolenia odbywają się w pięknym Gdańsku – stolicy regionu, w którym rodzi się polski offshore wind. Poza tym Go Ropes uzupełnia swoją ofertę, sprzedając i wykonując inspekcję sprzętu do pracy na wysokości.

„Jeśli chodzi o bezpieczeństwo w pracy na turbinach wiatrowych, to nie ma miejsca na żarty”, mówił Mateusz Archacki podczas niedawnego dnia otwartego dla uczniów techników morskich. W pokazowym szkoleniu brali udział młodzi ludzie, którzy właśnie mieli wybrać swoją drogę zawodową. Za podjęciem pracy w samym sercu sektora offshore wind przemawia kilka czynników, ale najważniejsza zasada to „safety first”. I właśnie tym kierują się w Go Ropes.

Szkolenia zrodzone z potrzeby

Mateusz, Mateusz i Łukasz byli wcześniej przy tych samych projektach. Rozpoczynali od prac w dostępie linowym. Pracowali przy instalacjach, serwisach i konserwacji turbin wiatrowych. W ich zespole są również Anna Pielaszkiewicz, ratowniczka medyczna, oraz Mateusz Orzoł, ratownik wodny, oboje także pracujący przy morskich turbinach wiatrowych.

Technik dostępu linowego, potocznie „alpinista przemysłowy”, to osoba, która, ubrana w specjalistyczną uprząż i „przypięta” do lin, wykonuje prace wszędzie tam, gdzie nie można dostać się po drabinie, rusztowaniu czy podjechać podnośnikiem koszowym. Taki pracownik używa zupełnie innej, bardziej rozbudowanej uprzęży niż wspinacz sportowy.

Łukasz Łabędź wywodzi się ze świata wspinaczki. Pochodzi z południa Polski i ma za sobą zdobycie wielu szczytów, jak Mount Blanc, choć tak naprawdę specjalizuje się w trudnych podejściach – skałkach i jaskiniach. W biurze Go Ropes znajdują się jego trofea z różnych konkursów wspinaczkowych. Swoje umiejętności wykorzystał do pracy na wysokościach. Przeszedł klasyczną ścieżkę, od mycia okien wieżowców i wymiany banerów, przez prace przy budowie i serwisowaniu turbin – najpierw lądowych, a potem na morzu. Razem z Mateuszem Archackim uczestniczył w tych samych projektach i szkoleniach. Przez lata obaj zauważyli, że kursom, które przechodzą, czegoś brakuje. Tym czymś był praktyczny aspekt. Szkolący z pierwszej pomocy często nie znali realnych zagrożeń występujących w pracy przy farmach wiatrowych. Łukasz zaczął więc marzyć o założeniu własnej firmy i prowadzeniu szkoleń na własnych zasadach. Dla Mateusza, świeżo upieczonego męża i ojca, był to idealny moment, by zejść na ziemię. Pracując z biura, mógł codziennie być z rodziną. W Go Ropes zajął się pracą administracyjną.

– Przy turbinach lądowych pracuje się często w trybie 4-5 tygodni na projekcie na 1-2 tygodnie w domu. Offshore to zazwyczaj praca 2 na 2 tygodnie – mówi Mateusz. – Są niezaprzeczalne korzyści pracy wyjazdowej w systemie rotacyjnym, takie jak możliwość podróżowania, wysokie zarobki i poczucie, że uczestniczy się w czym większym, że własnoręcznie tworzy się zieloną transformację. No i można zobaczyć świat i ludzi z zupełnie innej perspektywy.

Zarobki początkującego serwisanta turbin wiatrowych to między 10 a 12 tysięcy złotych miesięcznie. Jeśli posiada się kierunkowe wykształcenie, biegle posługuje językiem angielskim, przejdzie dalsze etapy i uzyska dodatkowe certyfikaty, może to być nawet 10 tysięcy euro miesięcznie i więcej. Oprócz tego praca projektowa powoduje, że często jest jeszcze sporo czasu na zwiedzenie odległego zakątka świata, gdzie akurat odbywa się projekt. Łukasz Łabędź zwiedził tak całą Australię, Mateusz Archacki wspomina wycieczkę do Kanady.

Ratownictwo na poważnie

– Staramy się, aby szkolenia wyglądały maksymalnie praktycznie i odzwierciedlały prawdziwe sytuacje, które uczestnicy będą napotykali w pracy. Wykorzystujemy sprzęt z najwyższej półki, dokładnie taki jakiego używaliśmy na turbinach, po to, by móc symulować realne wydarzenia. Szkolenia z pierwszej pomocy prowadzimy w bardzo realistyczny sposób, wynajmujemy aktorów, wykorzystujemy imitację krwi, tak by kursant mógł sobie uzmysłowić, jak wygląda prawdziwe ratowanie na miejscu zdarzenia – wymienia Mateusz Archacki. – Aktor odgrywa osobę w szoku, która odpycha ratownika. Trzeba tę osobę uspokoić i dopiero udzielić pierwszej pomocy. Nie spotkałem się z takim szkoleniem w innych ośrodkach – dodaje.

Twórcy Go Ropes przekonują, że ich szkolenia uczą tej najbardziej życiowej strony pracy na „sajcie”. Łukasz Łabędź, który ze światem skałek i gór jest za pan brat, przyznaje, że z bardziej niebezpiecznymi sytuacjami spotkał się właśnie w wspinaczce sportowej – mimo że sam uległ już wypadkowi (złamał żebro w pracy) oraz zdarzyło mu się udzielać pierwszej pomocy na turbinie.

– Praca na wysokościach należy do szczególnie niebezpiecznych. Natomiast jeśli pracuje się według systemu, to mało co może się zdarzyć. Z reguły to błąd człowieka – mówi.

Cykl szkoleń

Pierwszym krokiem do rozpoczęcia przygody z turbinami jest przejście podstawowego szkolenia z bezpieczeństwa. To BST (Basic Safety Training), certyfikat wydawany przez międzynarodową organizację zajmującą się tworzeniem standardów szkoleń w energetyce wiatrowej, GWO (Global Wind Organisation). Aby ukończyć kurs, trzeba przejść pięć modułów: sea survival – przetrwanie podczas niebezpiecznych sytuacji na morzu, fire awarness – specjalnie dedykowane branży szkolenie przeciwpożarowe, manual handling – poprawne, ręczne przenoszenie ciężkich ładunków, first aid, czyli pierwsza pomoc oraz working at heights – praca na wysokościach. Przejście przez nie wszystkie trwa sześć dni, po których zdaje się egzamin w obecności niezależnego eksperta.

Kolejnym stopniem wtajemniczenia są między innymi EFA (Enhanced First Aid) oraz ART (Advanced Rescue Training). To bardziej rozbudowane szkolenia z pierwszej pomocy i ratownictwa z wysokości i trudno dostępnych miejsc.

Oprócz GWO certyfikaty do pracy na wysokościach wydaje też brytyjska organizacja IRATA. Go Ropes również ma je w swojej ofercie. Są to szkolenia z dostępu linowego przeznaczone dla techników, którzy wykorzystują liny, aby dostać się do miejsca wykonywanej pracy.



Mała firma, szybki rozwój

Pierwsze szkolenie w Go Ropes odbyło się dokładnie dwa tygodnie przed lockdownem. Potem, jak wiele biznesów, ich działalność przeszła w stan uśpienia. Mimo to popyt na szkolenia GWO i IRATA oraz rosnąca renoma firmy spowodowały, że do siedziby na Jabłoniowej w Gdańsku zaczęły przyjeżdżać coraz większe grupy chętnych. Najpierw z Polski, ale wkrótce z całej Europy, a nawet innych kontynentów. Niedawno firmę odwiedziła grupa kursantów z Indonezji.

– Praca na wysokości to moja pasja. Dlatego przychodzą do nas ludzie, bo widzą, że nie pracujemy tylko od 8 do 16, tylko że to jest nasz styl życia – mówi Łukasz Łabędź. Między szkoleniami w Go Ropes nadal wyjeżdża na projekty offshore'owe. Po to, by być na bieżąco z nowinkami w branży, ale też z miłości do wysokości.


– Nadal jestem w branży, spędzam czas z bardzo bliskimi mi ludźmi i tworzę coś swojego – mówi Archacki.

Na dwanaście firm szkolących do pracy na turbinach wiatrowych Go Ropes stało się czwartą najprężniej działającą w Polsce.

Dziękujemy za wysłane grafiki.