data publikacji: 29.01.2012
Gdyby ktoś przepowiedział mu tak: "za kilkanaście godzin będziesz w Gdańsku i popłaczesz się przed tłumem swoich pracowników" - Francis Lapp musiałby go uznać za skończonego durnia.
Czwartkowy wieczór, 19 stycznia, elegancki hotel w Stambule. Szykuje się kolejny biznesowy sukces. Bardzo zamożny turecki klient chce mieć nowiutki, duży i komfortowy jacht. Za oknami - widok na cieśninę Bosfor i azjatycką część miasta. Siedzą godzinami przy stole, oglądają zdjęcia i plany jachtów. Na dworze już ciemno.
Dzwoni komórka Francisa. Wyświetla się numer pracownika stoczni. Niedobrze, nieprofesjonalnie. Przecież wiedzą, że nie wolno dzwonić w czasie negocjacji - jak tu odebrać, skoro klient może poczuć się zlekceważony?
Po chwili komórka dzwoni drugi raz. Francis wie już, że dzieje się coś wyjątkowego. Przeprasza, bierze telefon.
- Szefie, pali się nasza hala.
- Musicie ją uratować.
- No właśnie, nie bardzo dajemy radę. Jest strasznie.
Pożar trwa od dwudziestu minut. Strażacy leją fontanny wody, ale płomienie są już takie, że niewiele da się zrobić. Łunę widać z centrum Gdańska. Ze względów bezpieczeństwa zablokowany zostaje ruch tramwajów przy stoczni.
Paweł - specjalista od sprzedaży, który jest w Stambule z Francisem - błyskawicznie dostaje na komórkę MMS-y ze zdjęciami płonącej hali.
- Szef chce to obejrzeć?
- Nie. Zobaczę na miejscu.
Przebukowują bilety. Przed trzynastą lądują na Rębiechowie. Szybka jazda do stoczni. Francis widzi zgliszcza i stojącą obok gromadę pięćdziesięciu swoich pracowników. Czekają na niego ze łzami w oczach.
- Szefie, i co teraz będzie?
Francis czuje, że właśnie po policzku płynie mu łza.
Jeden zdążył wypłynąć
Policja, prokuratura. Tłum dziennikarzy. Chcą wiedzieć, co się stało.
W firmie też by chcieli. To była potężna budowla, 150 na 40 metrów. Siedemnaście lat wcześniej tuż obok, podczas koncertu, spłonęła hala widowiskowa Stoczni Gdańskiej. Było siedem ofiar śmiertelnych, trzystu rannych. Od strony ulicy zostało tylko hasło: "Życie, choć piękne, tak kruche jest".
Teraz przynajmniej nikomu nic się nie stało. Dwudziestu pracowników uciekło, gdy zrobiło się groźnie. Z hali zostało rumowisko z poskręcanymi od temperatury stalowymi elementami konstrukcji dachu.
Straty? Już same elementy pięciu jachtów w różnych fazach budowy i sprzęt do produkcji to dwa, może trzy miliony euro.
Szczęście, że tydzień wcześniej udało się dokończyć duży jacht dla klienta z USA. Gość przyjechał do Gdańska, próbny rejs po Bałtyku bardzo mu się podobał. Gdyby ten jacht, prawie gotowy, spłonął w hali - firma leżałaby na łopatkach.
No więc, co się stało?
Naprawdę nikt nie wie. Eksperci od pożarów dokładnie oglądają zgliszcza. Do dyspozycji mają zapis z przemysłowego monitoringu. Widać, jak z jednego z pojemników bucha płomień. Pracownicy próbują go ugasić. Sytuacja wydaje się już opanowana, ale ogień uderza ze zdwojoną siłą. Hala jest pełna łatwopalnych rzeczy - to specyfika produkcji jachtów z laminatów. Stosuje się między innymi żywice syntetyczne. W pojemniku, który zaczął się palić, mogła być przygotowana do laminowania żywica z utwardzaczem. Jeśli w ciągu kilkudziesięciu minut taka mieszanina nie zostanie rozprowadzona cienką warstwą - następuje reakcja. Wydzielają się opary, łatwo dochodzi do samozapłonu.
A może w wiaderku były łatwopalne śmieci i zarzewiem ognia był niedopałek papierosa? Pracownikom firmy nie wolno palić w trakcie pracy. Między innymi dlatego w hali zainstalowano kamery.
Dziennikarze na razie dowiadują się ze zdumieniem, że stocznia HTEP Sunreef Yachts to absolutna światowa czołówka firm, które budują z laminatów duże jachty typu katamaran. 10 lat historii, świetne kontakty handlowe. Wśród klientów często multimilionerzy. Każda jednostka wyjątkowa, robiona pod indywidualne zamówienie. Sześćdziesiąt ekskluzywnych jachtów, które pływają dziś po całym świecie. 350 pracowników.
- Gdzie to zrobiliście? - pytają dziennikarze. - W tej starej, od półwiecza nie remontowanej hali, która dopiero co spłonęła? A wasi inżynierowie gdzie projektują te jachty? Bo chyba nie w tych kontenerach, które stoją tuż obok zgliszczy.
Ten francuski krwiopijca
W internecie roi się od anonimowych komentarzy. Jak zwykle jest dużo wariatów, specjalistów od teorii spiskowych. Tak więc: specjalnie spalono tę halę, żeby dostać odszkodowanie, bo pewnie firma przynosi straty. Albo: została podpalona, żeby po jej wyburzeniu deweloper miał czysty teren i mógł postawić nowe budynki, bez zawracania sobie głowy jakimś konserwatorem zabytków.
Tyle tylko, że hala ma zupełnie innego właściciela. Sunreef ją dzierżawił. Trzy dni przed pożarem była inspekcja z bardzo znanej na polskim rynku firmy ubezpieczeniowej.
- Uznali, że wszystko jest w porządku - mówi Ewa Stachurska, rzeczniczka Sunreef.
Wkrótce po pożarze ta sama bardzo znana firma ubezpieczeniowa przysłała faksem wymówienie współpracy. Będzie więc jak zwykle w takich przypadkach: walka przeciwko ubezpieczonemu, by wypłacić jak najniższe odszkodowanie, i oczywiście jak najpóźniej.
Ale Sunreef nie ma czasu. Kontrakty na pięć jachtów, które spłonęły w hali, są aktualne. Niedotrzymanie terminów realizacji dla firmy oznaczałoby potężne straty.
W internecie znaleźć można też inne głosy - osób, które zapewne miały kontakt z firmą. Być może były w niej nawet zatrudnione.
Anonim pisze: "Pracowałem w tej firmie i przy tamtejszych warunkach pracy taki wypadek był tylko kwestią czasu. Pan Francis to dość silnie zdeterminowany człowiek do osiągnięcia celu i skuteczny w tym za wszelką cenę. Jego management i pracownicy, niestety, aby się utrzymać, muszą podążać za jego sposobem pracy i bezwzględnie wykonywać polecenia. Stąd duża rotacja wśród pracowników i mnóstwo błędów wynikających z pośpiechu, rutyny i gonitwy za terminami. Panowie Lapp niestety są nietykalni dla jakichkolwiek inspekcji BHP, PIP i tak to trwa od zawsze, nasyłanie na nich kogokolwiek jest niemożliwe, ponieważ zawsze spadną na cztery łapy ( ) taka specyfika firmy".
Sylwia stwierdza: "Na pewno szkoda pracowników, którzy teraz stracą pracę, ale nie właściciela tej firmy. Mój mąż pracował w tej stoczni i wiem, że warunki pracy, płacy i podejście do pracowników były tam karygodne. Tylko wyzysk pracowników. Firma nastawiona na szybki i wielki zysk kosztem pracowników. ( ) Mój mąż pracuje w stoczni jachtowej, gdzie pracownika traktuje się podmiotowo a nie przedmiotowo. Zamiast 12 zł zarabia 16 funtów na godz. Rachunek więc jest prosty. Nie rozumiem, dlaczego my Polacy mamy być wdzięczni za to, że jesteśmy "murzynami Europy". Dlaczego w krajach Europy Zachodniej pracodawcy potrafią godnie pracownika wynagradzać, tylko w Polsce na wynagrodzenia pracowników zawsze brakuje. Niedługo może będziemy pracować za miskę ryżu. Szanuj się człowieku i szanuj innych".
Głos internauty, który nawołuje do obiektywizmu: "Ludzie opamiętajcie się! Firma zatrudniająca ok. 300 osób straciła majątek. Facet mimo tego nie zwija interesu, chce odbudować zakład i nadal zatrudniać ludzi. O co wam chodzi? Zawiść typowo polska? Nie chcesz w tej firmie pracować, nie pracuj. Ale nie chodź zarazem do MOPS-u po zapomogę".
Wiele niemiłych niespodzianek
Pracownicy Sunreef skrupulatnie czytają wpisy w internecie i często sami dopisują komentarze. Nie chcą by, do firmy przykleiły się negatywne opinie.
Wpis kogoś wyważonego, prawdopodobnie robotnika stoczni: "Firma wbrew pozorom nie jest najgorsza, choć ma swoje za uszami, nie da się ukryć. Na szczęście nikomu się nic nie stało. Resztę można odbudować. Ludzie pomogą, w końcu to też nasz interes. To my jesteśmy tą firmą, to my ją tworzymy i to my ją odbudujemy. Niech tylko Pan Lapp stworzy nam bardziej ludzkie warunki - postawi porządną halę i porządne pomieszczenia socjalne dla pracowników, a wtedy to katamarany sygnowane marką Sunreef staną się cudami, którym innym markom będzie trudno dorównać, bo naprawdę niewiele trzeba - trochę inwestycji i szacunku dla ludzi, a zwróci się z nawiązką".
Odpowiada ktoś prawdopodobnie z managementu firmy, być może obcokrajowiec, który jakoś radzi sobie z językiem polskim: "Pan Lapp na pewno chce stworzyć bardzo dobre warunki pracy. Ale i wy musicie mu pomóc. A dlaczego zapewne jak pracujesz to wiesz jaka jest sytuacja i do czego są ludzie zdolni zrobić. Najpierw trzeba się obejrzeć dookoła islam zobaczysz jak jest i jacy są czyści pracownicy a to kultura. Jak nawet nie wiedzą do czego służy toaleta lub prysznic i co tam można znaleźć??? Wiele niemiłych niespodzianek".
- Czytam te wszystkie wpisy - przyznaje Paweł, który zajmuje się w firmie sprzedażą jachtów. - I nie rozumiem, skąd tyle jadu i żółci. Na pewno część głosów to są byli pracownicy, którzy pewnie zostali zwolnieni. Nie nadawali się, teraz wylewają swoje frustracje.
Że firma źle płaci?
- Nieprawda, można tu zarobić często lepiej niż w innych stoczniach produkujących mniejsze jachty. Jak na nasze warunki, bo jasne że na Zachodzie płacą lepiej, ale na tym między innymi polega konkurencyjność polskich firm.
Że szef goni ludzi do pracy, wymaga, zakłada kamery, żeby widzieć co się dzieje?
- Dziwne, że w ogóle można o to mieć pretensje do szefa.
Że jachty są wykonywane w prymitywnych warunkach? Że są niedoróbki, z powodu których trzeba jeździć do klientów z naprawami gwarancyjnymi?
- Absurd i niezrozumienie. To raczej powód do dumy, że załoga tak potrafi przystosować stare hale, by zachowane zostały parametry produkcji. Różnica pięciu stopni Celsjusza ma znaczenie. Budują specjalne wielkie namioty z przeźroczystej folii, stosują nagrzewnice. Zła jakość produktu oznaczałaby koniec firmy, a zamówienia są już na cały rok 2012. Milioner płaci - milioner wymaga. Kontakt z klientem jest indywidualny, więc zdarza się, że pracownik musi coś poprawić na drugim końcu świata.
Można powiedzieć, że wysoką jakość potrafią osiągnąć z niczego. W planach jest budowa własnej siedziby firmy, własnych hal produkcyjnych.
Na chwilę zapadła cisza
Francis Lapp pochodzi z Alzacji, ma 53 lata. Do pracy jeździ eleganckim białym mercedesem.
Gdy fotoreporterka "Gazety" prosi go, by wdrapał się na stalową konstrukcję do wykonywania jachtowych laminatów - robi to bez wahania, choć wystarczy chwila nieuwagi i z kilku metrów można spaść na betonową posadzkę hali.
Po drodze spotyka kilku młodych robotników, którzy właśnie skończyli zmianę. Serdecznie witają się z szefem.
Lapp od dwudziestu lat mieszka w Polsce i prowadzi tu interesy. Pierwsze zarobione pieniądze? W wieku 14 lat - za pracę w hurtowni z artykułami metalowymi. Jak trafił do Polski? Dostał zaproszenie z Automobilklubu Warszawskiego, przyjechał ścigać się terenówką. Wcześniej startował nawet w rajdzie Paryż-Dakar, trasę pokonał, ale w ogonie stawki - nie ma czym się chwalić.
W Polsce spodobało mu się. Założył firmę, która robi instalacje elektryczne. Przyszły zlecenia z dużych sieci hipermarketów, zaczęły płynąć pieniądze. Gdy zainteresował się żeglarstwem, doszedł do wniosku, że zamiast kupować jachty sam może je produkować i na tym zarabiać. U niego od pomysłu do realizacji jest pięć minut.
Założył nową rodzinę, zamieszkał w Gdańsku. Tu płaci podatki. Ma trzyletnią córeczkę. W interesach pomaga mu 32-letni syn z pierwszego, francuskiego małżeństwa. Biuro inżynierskie gdańskiej stoczni tworzy trójka Francuzów i siedmiu Polaków.
- Gdy jestem we Francji, po dwóch dniach chcę wracać do Gdańska - mówi Francis. - Tam trudno wytrzymać: ludzie chodzą zbyt wolno, pracują zbyt wolno, o siedemnastej wszyscy siedzą już w swoich domach. Nie umiem już tak żyć, świetnie czuję się w Polsce, bo tu się czuje, jak świat pędzi do przodu.
Tak więc, gdy na wieść o pożarze, 20 stycznia stanął przy zgliszczach hali, wszyscy mieli łzy w oczach. Ludzie bali się, że to być może jest koniec firmy, że na pewno będą jakieś zwolnienia z pracy. Francis zamknął się z najbliższymi współpracownikami w pokoju, powiedział, że chce walczyć - zaczęli przeliczać.
Trzy dni później zebrał załogę w innej hali, która szczęśliwie stała pusta i gotowa do wynajęcia.
Mają taki zwyczaj, że co roku przed Bożym Narodzeniem, szef bierze do ręki mikrofon i przez głośniki składa pracownikom życzenia.
- Teraz niestety nie idą święta - powiedział polszczyzną z miękkim francuskim akcentem. - Jest 23 stycznia i mnóstwo pracy przed nami. Potrzebuję waszej pomocy, solidnej i ciężkiej pracy. Odrobimy straty, zdążymy z terminami. Znacie mnie. Będziemy robić na trzy zmiany, zatrudnimy dodatkowych pracowników.
Ludzie słuchali w napięciu. Na chwilę zapadła cisza. A potem rozległy się oklaski.
Czytaj cały artykuł
Źródło: Gazeta Wyborcza Trójmiasto